Загрузка...
Trup w obłokach, czyli historya maszyny latającej w powietrzu — обложка книги
Читать бесплатно онлайн

Trup w obłokach, czyli historya maszyny latającej w powietrzu

Автор Марк Твен
0+
Дата написания1970-01-01
Язык книгиpl
Возрастное ограничение0+

Описание

В небольшом городе Перикорд и его коллега Браун создают мотор, который позволяет машине взмыть в воздух. Их конфликт о праве на изобретение приводит к трагедии, после которой Перикорд скрывает тело и наблюдает, как машина, теперь без контроля, исчезает над морем.

Главный конфликт / проблема

Конфликт о праве на изобретение между Перикордом и Брауном, который приводит к трагедии и к скрытию тела, а также к потере контроля над созданной машиной.

Ключевые идеи

  • Сложность совместной работы и конфликт интересов между изобретателями.
  • Экспериментальная опасность и непредсказуемость новых технологий.

Вывод

Книга приводит к выводу, что без должного контроля и честности в работе над инновациями могут возникнуть непредсказуемые и трагические последствия.

Кому полезна

  • Инженеры
  • Историки техники
  • Любители научной фантастики

Главные темы

  • Изобретение и патент
  • Ответственность и вина

Персонажи

  • Фрэнсисек Перикорд — Талантливый инженер с ярко выраженной личностью, стремится к признанию и контролю над своим творением.
  • Джеремия Браун — Практичный и материалистический, ценит техническую реализацию, но чувствует себя обманутым в вопросах признания.

Цитаты

  • «Панье Браун, неch pan patrzy jak prawidłowo działa i jak ster wspaniale prowadzi maszynę.»
  • «Пан opatentowałeś motor? Na czyje nazwisko?»

Сводка по автору из Wikidata

1835–1910. Mark Twain. американский писатель, журналист и общественный деятель (1835–1910)

Читать онлайн

Страница 1 из 3

Mark Twain Trup w obłokach, czyli historya maszyny latającej w powietrzu

Był chłodny, wilgotny wieczór marcowy. Przez gęstą, przenikliwą mgłę, spowijającą ziemię, zaledwie przebijały się światełka latarń ulicznych.

Zalane światłem elektrycznem wystawy sklepów niknęły w tej szarej, wilgotnej mgle. Wysokie domy melancholijnie otaczające ulicę, stały ciemne. Tylko z trzech okien pierwszego piętra jednego z domów biło jasne światło, na które z zaciekawieniem spoglądali nieliczni przechodnie.

Mieszkał tam Franciszek Pericord, wynalazca, inżynier-elektrotechnik. Światło w pracowni jego świadczyło o niezmordowanej pracy uczonego. Gdyby kto z przechodniów mógł zajrzeć przez okno do gabinetu, ujrzałby w nim dwóch ludzi, stanowiących silny z sobą kontrast. Jeden z nich, sam Pericord, miał wygląd drapieżnego ptaka; ostre rysy twarzy, czarne włosy. Drugi – Jeremjasz Brown, przysadzisty, krępy, blondyn o oczach niebieskich, był znanym mechanikiem. Dokonali już wspólnie kilku wynalazków. Jeden – geniusz twórczy, miał w praktycznym, zrównoważonym umyśle drugiego – niezbędną podporę.

Tego wieczoru Brown pozostał dłużej w pracowni Pericorda, zatrzymany próbą, której wynik miał uwieńczyć powodzeniem całe miesiące wspólnej, ciężkiej pracy.

Siedzieli obaj przy stole, poplamionym rozmaitemi płynami ostrymi i kwasami, zastawionym i zarzuconym akkumulatorami, bateraymi, izolatorami i t. d. W samym środku stołu, śród najrozmaitszych przyrządów technicznych, wznosiła się nadzwyczaj dziwna maszyna, obracająca się ze szczególnem osobliwem warczeniem.

Niezwykłą tę maszynę z gorączkową uwagą obserwowali obaj wspólnicy.

Niezliczone mnóstwo metalowych nici łączyło niewielką, czworokątną metalową skrzynkę ze stalowem kołem, zaopatrzonem z obydwu stron w obręcze. Samo koło było nieruchome, ale obręcze i przymocowane do nich niewielkie drążki obracały się z zawrotną szybkością. Widocznie było, że siła obracająca maszyneryę, pochodziła ze skrzynki metalowej. W powietrzu dał się uczuwać słaby zapach ozonu.

– Panie Brown, a gdzież są skrzydła – spytał wynalazca?

– Nie mogłem ich przynieść, gdyż są zbyt wielkie, mierzą przecież 2 metry i 15 centymetrów długości, a 90 cent. szerokości. Ręczę jednak, że motor jest dość silny, aby je w ruch puścić.

– Są przecież aluminiowe z domieszką miedzi?

– Tak.

– Niechże pan spojrzy jak wspaniale działa!

Mówiąc to Pericord swoją nerwową suchą ręką przycisnął guzik, dzięki czemu wirujące drążki zaczęły zwalniać swój bieg i wreszcie zupełnie stanęły. Potem przycisnął inną sprężynę i drążki znów się obracać zaczęły.

– Przy dokonywaniu prób – objaśniał Pericord – nie potrzeba zużywać sił fizycznych, można pozostaćzupełnie biernym, posiłkując się tylko rozumem.

– Wszystko to dzięki memu motorowi, – powiedział Brown.

– Naszemu motorowi – sucho poprawił towarzysz.

– Naturalnie – odpowiedział niecierpliwie Brown – myśl, idea jest pańska, ale samo wykonanie moje. Niech go pan nazwie jak się panu podoba.

– Nazwę go motorem Brown-Pericord – zawołał wynalazca i w oczach jego błysnęła nienawiść, – pan wykonałeś tylko szczegóły, ale idea jest moja, tylko moja…

– Tak, ale sama idea nie jest w stanie puścić w ruch motoru – zauważył szorstko Brown.

– Ma się rozumieć; dla tego uciekłem się do pańskiej pomocy – przerwał Pericord, bębniąc gorączkowo palcami po stole, – ja wynalazłem, pan – wykonałeś moją myśl, budując motor. Tym sposobem nasze zasługi i praca są zrównoważone.

Brown zaciął wargi. Widząc bezcelowość sprzeczki na ten temat, skierował całą uwagę na aparat, który przy każdym obrocie drgał i kołysał się, jak gdyby miał spaść ze stołu.

– Wspaniale, nie prawda? – spytał zachwycony Pericord.

– Zadawalniająco – poprawił flegmatyczny Anglik.

– To źródło sławy!

– To źródło bogactwa!

– Nazwiska nasze zasłyną, jak nazwiska Mongolfierów1!

– Miejmy nadzieję, że staną obok nazwiska Rotszyldów…

– Nie, nie, pan, panie Brown, zbyt prozaicznie się zapatrujesz. Największą nagrodą dla nas będzie uznanie ludzkości.

Brown poruszył ramionami.

– Co się tyczy sławy, to ja z chęcią odstąpię panu swoją część. Jestem praktyczny, materyalista. No, a teraz trzeba wypróbować pański wynalazek.

– Gdzie?

– Właśnie o tem chciałem pomówić z panem. Koniecznie trzeba zachować w tajemnicy sekret wynalazku. W Londynie jest to niemożliwe. Ach, gdybyśmy mieli odpowiednie, odosobnione miejsce.

– Wypróbujmy aparat za miastem.

– Właśnie chciałem panu coś zaproponować, a mianowicie: brat posiada niedaleko stąd majątek. Pamiętam, że blizko domu znajduje się obszerna szopa. Brat mój wyjechał chwilowo i klucz od szopy znajduje się u mnie. Wywieziemy tam aparat i wypróbujemy.

– Doskonale!

– Pociąg do Eastborne wychodzi o pierwszej.

– Będę na dworcu.

– Niech pan przywiezie motor, a ja dostawię skrzydła – powiedział mechanik wstając. – Jutro dowiemy się czy dzieło nasze jest marzeniem, czy też rzeczywiście drogą do bogactwa. Tak więc o pierwszej spotkamy się na dworcu „Wiktorya.”

Brown prędko zeszedł po schodach i wkrótce zniknął wśród mgły.

—–

Nazajutrz pogoda była wspaniała, prawdziwie wiosenna. Na błękitnem niebie mknęły lekkie, białe chmurki.

Rano około godziny jedenastej, można było widzieć Browna, wchodzącego do „Biura patentów” ze zwojem rysunków i planów pod pachą.

W południe wyszedł rozpromieniony, chowając troskliwie do pugilaresu arkusik niebieskiego papieru urzędowego.

Na pięć minut przed pierwszą zajechał przed dworzec Wiktoryi. Woźnica wyniósł z powozu dwa olbrzymie pakunki, zawinięte w płótno. Pakunki te mające wygląd olbrzymich latawców oddano na bagaż.

Pericord czekał już na niego.

– Czy wszystko w porządku? – zapytał.

Na zapadłych policzkach jego ukazał się zaledwie widoczny rumieniec. Zamiast odpowiedzi Brown pokazał pakunki.

– Ja też oddałem aparat i koło do wagonu bagażowego – objaśnił Pericord. – Ostrożniej! – krzyknął zwracając się do konduktora. Niech pan będzie łaskaw najwygodniej umieścić skrzynki, są w nich aparaty bardzo delikatne i drogie. No, a teraz nic nam nie przeszkadza ze spokojnem sumieniem udać się w dalszą drogę.

Po przybyciu do Eastborne cenny motor był zniesiony do omnibusu, na dachu którego umieszczono olbrzymie skrzydła. Po długich poszukiwaniach, znaleźli wreszcie stróża, który im otworzył bramę.

Dom, do którego dążyli, był to zwyczajny dworek wiejski otoczony budynkami gospodarskiemi i tonący wzieleni. Przy pomocy służącego udało się im przenieść bagaż do domu, gdzie umieścili go w ciemnej szopie.

Słońce już zachodziło, kiedy powóz odjechał, a wspólnicy, pozostali wreszcie samotni.

Pericord poniósł rolety; zachodzące słonce rzuciło swoje ostatnie promienie, w kolorowe, kwadratowe szybki.

Brown, wyjąwszy z kieszeni scyzoryk, poprzecinał sznurki, okręcające płótna. Ukazały się dwa ogromne metalowe skrzydła. Troskliwie oparł je o ścianę, potem odpakowali koło, pasy, wreszcie motor. Noc już zapadła, gdy skończyli odpakowywać i doprowadzać do porządku wszystkie przywiezione przedmioty.

Zapalili lampę i w dalszym ciągu, dopasowywali śruby, pasy, słowem kończyli ostateczne przygotowania do próby.

Страница 1 из 3

Назад123Далее

Вам также может понравиться

Страница 1 из 6

Назад126Далее