Загрузка...

AI-разбор доступен после входа

Суть книги, пересказ, главный конфликт, ключевые идеи, вывод, кому полезна, главные темы, персонажи и цитаты можно получить после входа в BookRa.

auto_awesomeПолучить AI-разбор

О книге

Ciesz się klasyką! Miłego czytania!

Дата написания1970-01-01
Язык книгиpl
Возрастное ограничение0+

Читать онлайн

Страница 2 из 5

Wszystko tam było – i honor (och, ten nieszczęsny), i ręka na kamizelce położona, i przymrużanie oczów, słowem – cała lira.

Mimo to, a właściwie mówiąc, dlatego – dependenci mówili w kilka dni później w gronie swych zaufanych przyjaciół:

– Irek poleciał teraz na grandę, mężatka, szyk kobieta! Nie – on ma dziwne szczęście do kobiet! …

A zapytywani przez rodzinę o panią adwokatową, odpowiadali:

– Phi! … Kobieta nieszczególnego prowadzenia się! Podobno Irek… i to nie sam! … nie on jeden!

Adwokatowa tymczasem, kremem cała ubielona, ani przypuszczała, jak czernieje jej dobre imię, jaka smutna przyszłość gotuje się dla jej córek, których matka niedługo w opinii całego miasta zostanie „taką, co przez całą kancelarię męża przeszła!”

Powoli – Irek rozzuchwalił się coraz więcej.

Tu i ówdzie jakaś pokojówka rozuzdana, sklepikarka lub dystrybutorka spragniona miłosnych wrażeń zsuwała mu się w objęcia.

On – wygłodzony, miłostki skwapliwie przyjmował, dekorując je później w wytworne barwy w opowiadaniach swych wśród kilku przyjaciół. Franusia z drugiego piętra, cuchnąca mydlinami, była w tych opowiadaniach panną „z bardzo przyzwoitej rodziny”, odwiedzającą go o szarej godzinie z panną służącą. Biedactwo! Przybywało zawsze spłonione i drżące. Narzuciło mu się prawie samo, a teraz on – z litości nad biedną, stosunek ten przeciągał, który – nawiasem mówiąc – nużył go niewypowiedzianie. Czuł bowiem, do czego to zmierza, panna chce koniecznie doprowadzić go do ołtarza, lecz on, Ircio, bynajmniej tego nie pragnie!

Tym bardziej, że… niedawno zaplątał się jeszcze w znajomość z pewną wdową, majętną, posiadającą handel na jednej z pryncypialnych ulic, o! … wiecie! Sklep wspaniały, jubilerski, pełen brylantów, turkusów, rubinów.

On – uległ także temu kaprysowi, pociągnięty wielką pięknością wdowy, lecz teraz rad by się wywinąć uczciwie, jak na przyzwoitego człowieka przystoi.

Wdową tą tymczasem była dystrybutorka, rozlana w czterdziestce, którą przekroczyła, żółta i nędzna, ze skromnym kontuarem1 ubogiego sklepiku na jednej z najbardziej oddalonych ulic miasta.

Przyjaciele Irka cisnęli się teraz do niego, pełni tej dziwnej łatwowierności, jaką mają mężczyźni wobec miłosnych blag patentowanego przez nich samych bezczelnika.

– Irek! … Irek! … Powiedz, jak się nazywa?

Irek łyżeczką kawę mieszał z tajemniczą miną.

– Nie wymagajcie! Honor kobiety! …

Lecz oni nacierali, pełni niezdrowej ciekawości starych plotkarek.

– Czy znamy ją? Powiedz?

Irek ramionami ruszał.

– Może… – rzucał z niechcenia.

– Pani Strzelecka?

– A… cóż znowu!

– Pani Jacksohn?

– Ależ…

Uśmiechał się dwuznacznie, oczami demonicznie błyskając.

– Ależ tak, ona, ona, nikt inny!

Lecz on porywał się nagle, godności pełen:

– Proszę, zaprzestańcie tych domysłów. Gdyby nawet tak było… honor milczeć mi nakazuje!

I nagle wdowa po jubilerze zostawała kobietą „kompromitującą się z jakimś dependentem” – istotą zgubioną, nie umiejącą nawet szanować pozorów… Ta i owa, w chwili oburzenia, wróciwszy z „Pod Rakiem”, gdzie grywa rozstrojona orkiestra, a gabinety zbudowane są z dziurawych desek, mówiła:

– Wszystko przecież można… ale zachować trzeba pozory! …

Koło kobiety robiła się pustka, której ona wytłumaczyć sobie nie umiała i nie mogła, a lewek Irek powtarzał tymczasem:

– Gdyby nawet tak było, honor mi milczeć nakazuje!

Och! … Ten honor mężczyzn, lwów, broniących czci kobiety, którą sami zszargali, ten honor dzwoniący jak fałszywa moneta – „qu'allait – il faire donc, dans cette galère? 2”

Powoli Irek rozzuchwalał się jeszcze więcej.

Trzeba było słyszeć tę potworę, mówiącą o kobietach w ogóle, zwłaszcza gdy wypił filiżankę czarnej kawy z figową cykorią pod werandą dystyngowanej cukierni.

Kobiety! … hm… wiedział on dobrze, co znaczy to słowo! Trzysta czterdzieści siedem razy grał komedię miłości… tak! … tak! … trzysta czterdzieści siedem! Ani mniej, ani więcej! Zna więc do gruntu te istoty, które bez wielkich wysiłków przykuć do siebie na zawsze można. Gorący pocałunek, w ucho na przykład, zupełnie wystarcza! On to próbował nieraz i żadna mu się nie oparła! A ileż ich przez ręce mu się przewinęło! Blondynki, brunetki, rude, ba! … nawet jedna siwa, lecz młoda i piękna! Wybierał zawsze bowiem piękne i dobrze zbudowane… wszak tyle jest tego na świecie! … mój Boże – ręką tylko sięgnąć… już jest, i to nie byle co, szyk, elegancja, inteligencja! Wszystko!

Cóż? Kobieta? – Istota słaba, bez woli, lgnąca do trochę przystojniejszego mężczyzny na oślep. Tak zwanych „uczciwych” – phi! … to okazy do wypchania, nie ma ich po prostu, Irek takich nie znał, wreszcie… on za nikogo, za żadną by nie ręczył!

Podkreślił te słowa, przybijając tym słuchaczy. A wreszcie, gdyby oni byli na jego miejscu i przeszli to, co on przeszedł, widzieli kobiety na pozór zacne, święte, nieskalane… szalejące w chwili ekstazy miłosnej w jego objęciach jak kurtyzany! – tak! tak, jak proste kurtyzany!

Od pewnego czasu upodobał sobie wyraz „kurtyzana” i szastał nim na prawo i lewo, wsłuchując się w dźwięk tego teatralnego słowa.

– Zresztą – ciągnął dalej, paznokcie sobie oglądając – życie trzeba brać, jak jest! Kobieta jest przyjemnym narzędziem rozkoszy i miłą rozrywką. Tylko…

Tu składał ręce jak do modlitwy.

– Na Boga, panowie, nie żądajcie niemożliwego! Nie chciejcie widzieć w kobiecie istoty na wieki do was przykutej, bo w ten sposób życie będzie dla was męczarnią. W młodości mej… wiedziałem coś o tym!

Pozował się, melancholijnie głowę na dłoni wspierając.

– Tak! … tak! … – kończył cichym, przytłumionym głosem. – Początkowo brałem komedię miłości na serio. To mnie zabijało. Dziś nie kocham! Pozwalam się kochać… i czuję się o wiele szczęśliwszym.

Uśmiechał się, usta oblizując – w kącikach mu kawa pomieszana z śliną czerniała.

– Teraz już trzysta czterdzieste ósme przedstawienie nie kosztuje mnie nic i bez najmniejszego wzruszenia o schadzce wieczornej myślę. Ot, spędzić wieczór z kobietą jest dla mnie to samo, co… filiżankę kawy wypić.

Pełen dezynwoltury3, wspaniały, nadzwyczajny, sączył resztę fusów osiadłych na dnie filiżanki. Słuchano go z religijnym skupieniem.

Swadę miał i widoczną gruntowną znajomość przedmiotu.

Czasem miał odpowiedzi, które po prostu historycznymi się stały, rywalizując ze słowem Cambronne'owi4 przypisywanym.

Przykład:

Jeden z młodzieży, wkraczający dopiero w dziedzinę galanterii, zauważył nieśmiało, że pomiędzy „szwaczkami” wiele się znajduje dowodów szczerego przywiązania i miłości.

Dyskutowano trochę, ten i ów opozycję zakładał, wreszcie zwrócono się do Irka, który ostentacyjnie jakiś list, na różowym papierze nabazgrany, czytał:

– Jak pan sądzisz? … Szwaczki? Co?

Irek oczy zmrużył.

– Szwaczki – odpowiedział po chwili z niezrównanym roztargnieniem – szwaczki? … je n'en sais rien5! … nie znam! …

Od pewnego czasu używał francuszczyzny, ucząc się zdań pojedynczych i rozmówek pani Bocquel.

– Nie znasz pan szwaczek? – pytano ze zdziwieniem. On demoniczny wzrok wkoło ciskał:

– A od czegóż… damy? – zapytał.

Страница 2 из 5

Вам также может понравиться

Страница 1 из 10

Назад1210Далее