Загрузка...

AI-разбор доступен после входа

Суть книги, пересказ, главный конфликт, ключевые идеи, вывод, кому полезна, главные темы, персонажи и цитаты можно получить после входа в BookRa.

auto_awesomeПолучить AI-разбор

О книге

Ciesz się klasyką! Miłego czytania!

Дата написания1970-01-01
Язык книгиpl
Возрастное ограничение0+

Читать онлайн

Страница 2 из 4

No, chyba mnie rozumiesz? Co tam długo gadać… trafia się rzecz nadzwyczajna… pomogę ci…. zbuduj tu hotel.

Pielgrzym zerwał się ze ziemi. Porwał swój kij sękaty i machając nim, wrzasnął głosem wielkim:

– Apage satanas4! Apage satanas! Apage…

Ale czarnej postaci już nie było.

Ogromne, kilkunastopiętrowe gmachy „Hotelu pod ideałem” ledwo pomieścić mogły pielgrzymów i kuracjuszów, ledwo docisnąć się można było do sal gry, stołów biesiadnych i przystani, skąd łodzie motorowe ruszały w drogę okrężną po mistycznym jeziorze Ekstazy. Z dnia na dzień, rzec można, powstawały też nowe oddziały, tak, iż groziło, że zabraknie dla nich liter alfabetu. Afisze pokryły mury wszystkich dworców kolejowych świata całego, akcji nie można było dostać za podwójną nawet cenę, a o miejsca najdroższe dobijano się formalnie.

Pielgrzymka modną się stała, tylko odbywano ją teraz w tak ponętny sposób, że bardzo jeno niewielu pozostało przy dawnej lokomocji. Dziwacy ci, wytyczyli sobie inną rutę5, z dala od hotelowego liftu6 elektrycznego, ale widoczne było, że uczynili to jeno, by się oryginalniejszym wydać w oczach dam, bo raz po raz któryś się zjawiał w hotelu.

Doszło do tego, że dla wygody stron obu, ponad stromą „Ścieżką Pokutników” wzniesiono rodzaj werandy, skąd się idącym przyglądały damy. Jakiś Anglik zaprowadził tu totalizatora, ale dzienniki podniosły wrzask… no… i musiano go skasować. Zakładano się więc między sobą, a nie zdaje mi się, by „Pokutnicy” widzieli w tym coś złego.

Rojno było w hotelu od pierwszych zaraz dni, afisz dotrzymywał, co obiecywał, chwalono sobie tedy pobyt i pisywano co dnia masy kart z widokami. Ach tak… to jedno chybiło trochę… widoków nie było prawie żadnych skutkiem owych chmur pod nogami… Ale to nic… nie każdy może przecież sobie pozwolić na luksus pobytu w tak modnej instytucji, więc można sobie wobec znajomych radzić widokami… fantazyjnymi… od czegóż malarze hotelowi…

Skrajne organy lewicowe usiłowały z samego zaraz początku popsuć kurs „Ideałek”, zniechęcić publiczność do kupowania tych walorów… pewnego zaś agenta pewien redaktor zrzucił z pewnych schodów, przy czym pewne, a znaczne pieniądze rozsypały się… itd. No, ale nie wszyscy redaktorowie7 byli tak nieokrzesani.

Pisma wymienionego gatunku wiele szkody nie robiły, jako ich klienci hotelu nie czytywali wcale. Nie przeszkadzało im to jednak pisać dalej w tym guście:

Wieprz kapitału pasie się ciągle na świętych stokach, pomyje oblewają dalej głazy zroszone krwią pokutników.

Inaczej myślał dyrektor zakładu, zarazem główny promotor i twórca pomysłu samego… podobnie jak on myśleli wszyscy, a jeśli byli zrazu innego zdania, to wygody, jakich zażywali w hotelu, troskliwa czuła opieka, rozpogadzały ich ponure myśli.

––

Pokoje tańsze mieściły się w gmachu wschodnim począwszy od suteren, aż po czternaste piętro. Było ich jednak niewiele i temu, jak sądzą wszyscy dotąd, przypisać trzeba burzę, która wstrząsnęła dnia pewnego cichym, rajskim życiem kuracjuszów. Z tego to wielkiego salonu, oddziału P, około jedenastej przed południem rozbrzmiały fanfary rewolucji, o której wieści zachwiały giełdami całej Europy, powodując nagłą bessę „Ideałek”, zawikłania finansowe, bankructwa wielu starych firm, kilkanaście samobójstw nawet.

Dyrektor, wróciwszy z wycieczki łodzią motorową po jeziorze Ekstazy, którą to wycieczkę urządzono dla pewnego bawiącego tu incognito króla… dyrektor, mówię, ujrzał w rzeczonym salonie dziwne zbiegowisko.

Pośrodku tłumu stał na stole człowiek ubrany w podartą, zniszczoną, białą szatę pielgrzymią, ową wstrętną rzecz, którą po pierwszych zaraz dniach pobytu w hotelu, zrzucać byli nawykli „Obłaskawieńcy”.

W rękach trzymał wzniesiony wysoko, naiwny kij wędrowny z kolcem na końcu. Wołał głosem wielkim, oczy jego jarzyły się fosforycznym blaskiem, a zwichrzone włosy w dziwacznych czubach piętrzyły się nad czołem.

Dokoła niego był tłok niemały. Pierwszy rząd stanowiły kobiety z najdroższych oddziałów… drugi i dalsze… służące hotelowe… potem stali ludzie wszelakich kondycji, a wreszcie… o nieba… gotowi jakby do drogi… do walki, zbrojni „Obłaskawieńcy”, poubierani w buntownicze szaty pielgrzymie.

Blady, na pół przytomny dyrektor spytał napotkanego płatniczego:

– Cóż to za jeden?

– Obcy. Dopiero co przybył. Nie było pokoju… i to go widać do takiej doprowadziło pasji.

– Durnie! Trzeba było umieścić gdziekolwiek!

– A gdzież? Zresztą któż mógł przeczuć?

– Idioty! Przeklęte idioty! – wrzasnął dyrektor. – Niechże was wszyscy diabli…

Począł się przepychać do mówcy, wołając:

– Jaśnie Wielmożny Panie! … Jest apartament… Są nawet dwa do wyboru!

– Cicho! Cicho! Milcz! Precz stąd! – rozległo się.

Tłum ogarnęła gorączka, a mówca grzmiał dalej, szalał jak burza wiosenna.

– Trupią jest, mówię wam, dusza człowieka czasów naszych… zgniłą jest! Dziś zbudowany ołtarz z zakrzepłych w brylantowe głazy łez rozpaczy… w brudną jutro zamieni się kałużę. Łkajmy, że błotem jest dusza nasza… łkajmy, że szyderczym szaleństwem jest tęsknota nasza, że świętości imienia pomyśleć nam nie wolno… płaczmy!

– Pozachmurzały nam się szczyty wszystkie, bo mgły lepkie obiegły serca, iż nie biją jak dawniej.

– Nie do WIELKIEGO SZCZYTU, nie do świątyni złotej, gdzie ŚWIĘTE ŚWIĘTYCH… wyciągają się ręce nasze… ale do chimery zmysłów, co kształt jeno NAJWYŻSZEGO bluźnierczo przybrawszy, wabi mirażem zbrodniczym.

– Widome się stały zbrodnie nasze, przeszły pożądań i skrywanych morderstw formy i oto panoszą się teraz bezkarnie, połyskując złotem i adamaszkiem.

– Dziwię się, że ogień dotąd nie pożarł tych murów, jak mury Sodomy pożarł i skruszył na proch.

– Dziwię się, że oto stoimy wszyscy w tym salonie, którego fundamenty depcą zbrodniczo świętą skałę, której czoło jeno i usta konającego z mąk wędrówki pielgrzyma dotykały od wieków.

– Dziwię się, że jesteśmy tu wszyscy tak liczni, a tak niepotrzebni, gdy połowie należy się znajdywać w cyrku albo w menażerii.

– Dziwię się, że widzę ot tu tego człowieka, zwanego dyrektorem, gdy powinien on być ciałem w podziemnym lochu więziennym, a duszą na mękach wstydu i wyrzutów sumienia.

– Widziałem u progów miejsca NAJWYŻSZEGO trędowatych i obłąkanych, a byli oni, gdzie ich BÓG postawił… ale zaprawdę… połowę z was moi bracia wwiódł tu szatan po to jeno, byście wrychle8 spadli w bezdeń sromoty… za to, iżeście się ośmielili profanować nieznane, święte.

– Duszy mi żal człowieka czasów moich, nie świętej góry.

– Czyż może człowiek ubliżyć BOGU?

– Myśl taka sama śmieszną jest i głupią.

– Duszy mi żal człowieka moich czasów, bo ją kocham!

– Kochani ją i chcę, by wielką była!

– Zwiększcie lot dusz waszych!

– Skrzydła rozpostrzyjcie na wichry… wołam!

– Nie bójcie się szczytów skalnych… aniołami być niech się wam śni! Potężne, wielkie sny o mocy chcę, byście śnili!

– A czasu jawy, prężcie ramiona, sięgajcie JUTRA., sięgajcie jeno ciągle… ciągle… a piórami ręce porosną długimi, od wiania tych dalekich, tych wyżynnych wichrów.

– Orłowie tak się skrzydeł doczekali i aniołowie także.

Страница 2 из 4

Вам также может понравиться

Страница 1 из 10

Назад1210Далее