Загрузка...

AI-разбор доступен после входа

Суть книги, пересказ, главный конфликт, ключевые идеи, вывод, кому полезна, главные темы, персонажи и цитаты можно получить после входа в BookRa.

auto_awesomeПолучить AI-разбор

О книге

Bohaterka opowiadania, Frania Marulkowa, pędzi stabilne, drobnomieszczańskieżycie kobiety w średnim wieku. Wolne od trosk o potrzeby materialne,ale dalekie od szczęścia.Rozgoryczona długimi latami nieudanego pożyciamałżeńskiego, jałowością powszedniej egzystencji, frustrację wyładowujeterroryzując starego, potulnego męża. Oziębła i pełna nienawiści do świata,przyjemność czerpie już tylko z jedzenia i wspólnych narzekań z sąsiadką.Bez porywów, pragnień, pożądań, Frania zgorzkniała, do niczego nie dążyi na nic nie oczekuje. Niedzielny spacer do parku miejskiego możeniespodziewanie odmienić jej życie.

Дата написания1970-01-01
Язык книгиpl
Возрастное ограничение16+

Читать онлайн

Страница 2 из 4

Ustępował we wszystkim nie dlatego, aby ją kochał obecnie, bo Marulka także kochać nie umiał, lecz dlatego, że przyzwyczaił się do niej, do jej dąsów, wymysłów, nienawiści i jej zimnego i zbuntowanego temperamentu.

*

Po obiedzie był festyn w Strzeleckim Ogrodzie. Zieleń, kurz, stoliki z hrabiankami galicyjskimi, sprzedającymi losy na loterię, namioty z aktorkami w scenicznych sukniach, odświeżonych na tę uroczystość, panowie komitetowi, latający jak gromada szaleńców z jednego końca ogrodu na drugi dla niewiadomych przyczyn, trzy kapele wojskowe grające równocześnie lub na przemiany9 fantazje z Traviaty10 i Carmeny11, lampiony poszarpane zanim jeszcze zmrok nastał, tłok ludzi koło stolików restauracyjnych, słońce wspaniałe, olbrzymie, boskie ponad tą gromadą robaków, wijących się w śmiertelnych podrygach ambicji, próżności, próżniactwa i miłości.

Po zasłanych, jak śniegiem, biletami loteryjnymi alejach szła wyprostowana Frania, trzymając się ramienia Marulki, który uroczysty, w długim surducie i nowym kapeluszu, starał się swe ogromne stopy zastosować do drobnych kroków żony.

Frania miała na sobie szarą jedwabną suknię, narzutkę okrytą dżetem12, kapelusz koronkowy z żółtym kwiatem i koronkowymi „brydami”13. Ten żółty kwiat niepokoił ją. Zdawało się jej, że jest „krzyczący”, nieprzyzwoity…

Gdy włożyła kapelusz, odwróciła się do męża:

– Prawda, kokocko14 wyglądam? – spytała w obawie uczciwej mieszczanki przed skandalem, jaki mógł wypaść z powodu tak wyzywającego stroju.

Marulka, przyzwyczajony do ciągłego potakiwania żonie, przyświadczył i tym razem:

– Prawda…

Lecz Frania przyskoczyła do niego z zaiskrzonymi oczami.

– Co prawda?! – wrzasnęła. – Co prawda?

– Ano to, co mówisz! …

– A! … więc kokocko wyglądam?

Podparła się pod boki, dusząc się w zbyt ciasnym gorsecie i aksamitnym kołnierzyku sukni.

Żółty kwiat chwiał się na jej głowie, jak chorągiew niesławy.

– Ja… nie mówię – jąkał nieszczęśliwy Marulka.

– Otóż na złość pójdę tak, jak jestem! – wołała Frania. – A jeżeli mnie kto zaczepi albo paupry15 mnie sekować16 zaczną, to będzie twoja wina, mój czuły panie mężu! …

Uspokoiła się wszakże, przygładziła włosy i wskazała parasolką drzwi.

– Proszę iść naprzód! … – wyrzekła. – Nie mam ochoty, żebyś mi kiedy na kark spadł na wschodach17, a ty potrafisz mi to zrobić… O! … znam cię, chytra sztuko! …

––

Poszli więc na ów festyn i Frania szła teraz po alejach Ogrodu w takt marsza z Carmeny, nie odwracając głowy, patrząc prosto przed siebie i sznurując usta. Wiedziała bowiem, że może spotkać panią naczelnikową, pana naczelnika i kolegów męża, należało im pokazać, że pani Marulka jest kobietą „dobrze” i potrafi reprezentować instytucję, w której mąż pracuje. Gdy doszli do restauracji, Marulka zaproponował żonie „a seid'l” 18, za co został silnie uszczypany w łokieć, gdyż piwo pić można, ale o zejdlach i halbach19 mówią tylko prostacy.

Właśnie koło ogrodzenia niedaleko latarni opróżnił się stolik i kelner sprzątał kufle i ułamki precli, rozsypane na blacie; Frania usiadła na krzesełku i sznurując ciągle usta, zażądała dwa „kufelki” piwa. Kelner poszedł, machając serwetą, a orkiestra skończyła fantazję20 z Carmeny.

I nagle pośród stolików, w obrębie białej palisady, odgraniczającej piwiarnię od reszty ogrodu, wybuchł gwar, szum i hałas. Zagłuszone muzyką rozmowy zawirowały w powietrzu jak łopot skrzydeł potwornej gromady ptaków.

Stoliki, otoczone zbitą masą ludzi, tworzyły białe plamy, pocętkowane ciemną masą kufli. Tu i owdzie bielały, jaśniały suknie kobiece. W oddali krwawiła się nawet jakaś bluzka koralowej barwy, nieco dalej lazurowe, błękitne jak turkusy sukienki podlotków przybierały w świetle zachodzącego słońca fioletowe, dziwaczne tony. Pęki kwiatów kołysały się na żółtych tłach kapeluszy, tu i owdzie pióra drżały, poruszone niewidzialnym podmuchem wiatru.

Środkiem, pomiędzy stołami, szło maluchne dziecko w długiej, aksamitnej, fioletowej sukience, dziecko białe, różowe, tłuste i śmieszne, wlokąc za sobą laskę z dużą srebrną gałką. Co chwila jakaś ręka wyciągała się w stronę dziecka, jakby chcąc pochwycić to różowe zjawisko, lecz ono szło dalej, dumne i trochę zamyślone, z oczami utkwionymi przed siebie, w szeroką przestrzeń ogrodu, który się przez otwartą bramę rozkładał w zieleni drzew i klombach kwiatów, przyczernionych teraz tłumem ludzi, co się po alejach snuł.

Poza ogrodzeniem przemknęła gromada dam i mężczyzn, śmiejąc się głośno i hałasując. Kobiety miały jasne płócienne suknie, skromne i na biodrach obcisłe, mężczyźni doskonale skrojoną odzież i jasne cylindry. Mówili po francusku krzykliwymi głosami i bezwiednie zabierali całą przestrzeń alei, usuwając innych w cień i ciszę.

Siedzący w ogrodzeniu restauracyjnym ludzie zaczęli podnosić się z krzeseł i wymieniać nazwiska:

– Hrabina! księżna, o! o! … te cztery panny w białych włóczkowych pelerynkach to córki namiestnika… a to sama namiestnikowa! … Ten młody blondyn w meloniku brązowym – to baron Brunszwicki… A to jego narzeczona…

Frania wyprostowała się i zacisnęła jeszcze więcej usta.

To zbliżenie się arystokracji, którą czuła oddzieloną od siebie zaledwie kilkoma krokami i linią sztachet, przejmowało ją uroczystym nastrojem. Bacznie spojrzała na męża, który pił w tej chwili piwo, a płyn ciekł mu po siwej brodzie i spadał kroplami złotawymi na białą pikową21 kamizelkę. Na Franię wystąpiły ognie. A nuż kto dostrzeże.

Wyciągnęła nogę i kopnęła nią męża, ten podskoczył i spojrzał na żonę przerażony. Lecz Frania uśmiechała się ciągle i jakkolwiek bardzo czerwona nie rozsznurowała ust ani na chwilę…

Gromada arystokratyczna, popychając się i mówiąc częstochowską francuszczyzną22, zniknęła pod gałęziami drzew.

Teraz powoli stoliki opróżniały się i damy sprzedające bilety wstawały znużone, przeciągając się lekkim, wdzięcznym ruchem.

Panowie komitetowi, zlani potem, obliczali kasy, zsypywali pieniądze w kapelusze.

Brzęk ich łączył się z dalekimi tonami muzyki, które majaczyły w przestworzu.

Wraz z odejściem arystokracji dokoła Frani wytworzyła się moralna pustka. W umyśle tej biednej kwoki owe hrabiny i księżny stanowiły jądro społeczeństwa. To, co zostało i piło piwo przy stolikach, nie było w dziesiątej części warte uwagi.

I teraz Frania zmrużonymi oczami patrzyła dookoła, jakby nagle czując się wyższa, bogatsza, lepiej urodzona od całego tłumu. Zdawało się jej, że jakaś fatalność wtłoczyła ją pomiędzy tych ludzi… Jej moralne „ja” bez przyczyny zaczęło roić i przybierać wielkie rozmiary.

Było tak silne i gniewu pełne, że czuła, iż niedługo jej fizyczne „ja” nie wystarczy na pomieszczenie tej pychy i tej przerażającej pustki, która jej serce rozsadzała.

Страница 2 из 4

Вам также может понравиться

Страница 1 из 10

Назад1210Далее