Загрузка...

AI-разбор доступен после входа

Суть книги, пересказ, главный конфликт, ключевые идеи, вывод, кому полезна, главные темы, персонажи и цитаты можно получить после входа в BookRa.

auto_awesomeПолучить AI-разбор

О книге

Ciesz się klasyką! Miłego czytania!

Дата написания1970-01-01
Язык книгиpl
Возрастное ограничение12+

Читать онлайн

Страница 2 из 3

*

Szedł z wysiłkiem, prąd był wartki.

Minęły czasy górnych jazd, szczęśliwej bezkierunkowości. O nogi biły fale, każdy krok to zmaganie się bolesne, walka o nieświadome.

Pustać. Roztoką płynie potok, a zadanie… jakiś niewyraźny nakaz:

„Tę oto łódź, bez wioseł, dla kogoś… po coś hen… aż do lodowca, skąd płynę, doprowadź!”

Dorosły jestem, czuł tak. To się zwie: pełnia sił!

Łzy do ócz napłynęły.

Ktoś inny prędko, w sekundzie z wartkim płynie prądem… może prześpi nawet chwilę podróży… A ty, rób!

Na płaczu cudzym, na łzach płynąć w Jutro? Po co?

Rzeką szedł, co rwała z gór nienazwanych.

Rzeką szedł i cierpiał, biorąc na siebie cały przeciwny prąd i całą świadomość, że to daremne, że kiedyś zostanie spostrzeżone i ustanie taka rzecz, zgoła niepotrzebna.

Rzeką szedł w górę i czuł cały żal, że go teraz nie ma wysoko, wysoko na niebie.

Dorosły jestem, czuł tak. To się zwie: pełnią sił!

I ledwo tak pomyślał, osłabł rozkosznie i nie mógł walczyć z prądem przeciwnym i nie mógł podnieść nogi.

Zdziwiony był i osłabły, prąd go znosił.

O jakże prędko! Dwa dni temu mijałem ten zakręt… idąc w górę rzeki…

Niosła go woda, tonął i dziwnie mu było:

– Zwyciężam! – myślał… – Ginę! – myślał jednocześnie.

Podniósł oczy.

Brzegiem rzeki, pod prąd szła kobieta.

Szła obojętna, cicha, szata za nią siwa wiała i włosy czarne płynęły w przeciwnym wietrze.

Głowę na piersi zwiesiła, złożyła ją w obu dłoniach.

Szła pewnie, równo po płaskim brzegu, nie oglądając się wcale.

Gdy ją ujrzał tonący, nabrał sił.

Wbił nogi w grunt, rękami czepił się umykających wodorostów i ruszył naprzód… naprzód… naprzód… z zaciśniętymi zębami… łkaniem przyczajonym w piersi… naprzód… naprzód… naprzód…

*

Był gzyms kamienny stary, ścieżka skalna, niewiadomymi rękami ułożona dla stóp nieznanych.

Stał, w ręku dzierżąc koniec łańcucha długiego i ciężkiego.

Dorobek – mówili – wieków…

I podać go trzeba tam, naprzeciwko, o kroków sto… włożyć w dłoń, co się wyciągnie…

A jeśli nie? A jeśli tam nie ma nikogo?

Domki widział w dole niskie, jakby rozpłaszczone… przez komin by zajrzał niemal prosto w garnek…

Pod nogą się głazy chwieją. Powypierały je z oprawy zielska przerozmaite, poruszyły stopy czyjeś…

Ostrożnie… Ostrożnie!

Z dołu, spod nóg dolatuje głos dzwonu.

Świat do snu kołyszą te dzwony. Jakże nisko… Jak nisko zlatać muszą z nieba anioły z wiatykiem, do mrących tam w dole…

Na niczym nie możesz oprzeć dłoni. Skała odbiegła daleko, za dziesiątym krokiem… łańcuch ciężki… Spocznę!

Ale w spoczynku jeszcze trudniej… Nie. Ten gzyms, ten kawał drogi trzeba wziąć rozmachem…

Przeklęty kamień… Śliski gzyms łuku, którego filary niezmierne, wkopane gdzieś na dnie przepaści…

Ach, jakże daleko… Mówili: nie dalej, jak od jednej myśli, do drugiej… tak mówili…

W drogę! W drogę!

Świat na dole, teraz czerwony. Słońce zachodzi właśnie… ogląda się… Na mnie patrzy… Czuje żal, że nie zobaczy, jak się to skończy… Widowisko niecodzienne…

Hej staruchu! A co się tam stało z ostatnim… z ostat…

Jezus Maria! Nie! Nie sposób… Spocznę!

Drżą nogi. Mówili… wytęż moc chcenia… nie spoglądaj na prawo, nie spoglądaj w lewo… Nie ma cieniów… nie daj się łudzić cieniom, co zastępują drogę… Ach… jest… jest cień… Wychylił się zza skały… Nie, to ręka się wychyla… ręka… Masz! Bierz! …

Idzie ktoś śmiało po śliskich głazach z wyciągniętą dłonią.

– Pokaż stygmat! … – wołam.

Idzie, nie słucha…

– Pokaż znak!

Wyciąga dłoń… Nie ma znaku… A… to ona!

Czego chcesz? Nie dam! … Nie… nie! Precz! Z drogi!

Spoza pleców DOLI wychylił się człek z włosami płowymi na twarzy. Śledził tok walki… krótkotrwałej.

Człowiek z łańcuchem pchnął DOLĘ w pierś. Zachwiała się.

– Precz – krzyknął i wymierzył cios drugi, między oczy.

Wtedy ów przyczajony podniósł rękę do twarzy powoluteńku, drugą podtrzymując padającą od uderzenia DOLĘ.

I wpatrzony w wysłańca, rozchylił na czole włosy.

Ciężki łańcuch uderzył o kamienie i stoczył się w bezdeń przepaści wraz z zmartwiałym ciałem pielgrzyma, wysłanego pracownika JUTRA…. którego poraził ZAMRÓZ-STRACH.

*

Otworzył oczy. W szafirowej jakby mgle ujrzał śmigłe filary mostu. Leżał na wznak na łące kwietnej, bezsilny, jakby po ciężkiej chorobie.

Nie bolało go nic. Tylko przy każdym ruchu, przy każdym niemal oddechu, szeptało mu coś: „I na cóż! I na cóż!”.

Wszystko już skończone, załatwione, wyczerpana treść życia… ot wspomnienie jedno, drugie i koniec.

Dawne czasy… Loty dalekie na wszystkie strony, bezobowiązkowe nadzorowanie wszechświata.. Porażenie Strachem…

Od jakichże drobnych rzeczy, pomyślał, zależy Jutro… Od jakichże nikłych ocznych złud…

Nie chciało mu się myśleć. Wodził oczy, a wokoło, po łące, na każdym kwiatku napotkanym dając wypoczywać oczom.

Podniósł wzrok.

Był łuk potężny, od skały do skały, górą gzymsem obrzeżony. Jakieś wpółzatarte na nim widniały rzeźby, końskie nogi wzniesione do skoku, ostrza dzid w rękach wojowników.

Zamykał widać jar głęboki, był jakby bramą doń… tak, bramą był.

Potężne skrzydła bramy, zawarte, świeciły ponuro pociemniałymi okuciami spiżu. Dźwigały się poważnie ku górze.

Wiódł oczyma po wstępującej linii potężnych gwoździ.

Nagle zerwał się. Siadł, przerażone oczy wbijając w półkolistą przestrzeń nad skrzydłami bramy.

Tkwiła tam twarz olbrzymia, ciemna, o wielkich, połyskujących oczach.

Dola złożyła głowę na splecionych rękach, palce włożyła w usta i wpatrywała się cicha, niema w siedzącego.

Teraz dopiero zobaczył, że ona to sama była skrzydliskami bramy, do jaru wiodącej… Suknia jej ciemna opadała w szerokich, płaskich fałdach, suknia siwa, usiana gwiazdami z poczerniałego złota.

Страница 2 из 3

Вам также может понравиться

Страница 1 из 10

Назад1210Далее