Загрузка...

AI-разбор доступен после входа

Суть книги, пересказ, главный конфликт, ключевые идеи, вывод, кому полезна, главные темы, персонажи и цитаты можно получить после входа в BookRa.

auto_awesomeПолучить AI-разбор

О книге

Placówka postępu Josepha Conrada to opowiadanie, które może być postrzegane jako mniej udany pierwowzór Jądra ciemności. Pierwowzór nie pod względem fabuły, lecz ogólnego założenia o destrukcyjnym wpływie mentalności kolonialnej na moralność. Opowiadanie traktuje o dwóch białych, uosabiających mieszczańską przeciętność, przebywających w placówce handlowej w głębi Afryki. Ich jedynym zadaniem jest pobieranie od miejscowych plemion kości słoniowej. Sytuacja komplikuje się, gdy jeden z ich podwładnych uznaje, że więcej tego materiału można pozyskać, handlując żywym towarem. Europejczycy, stając wobec faktu dokonanego, reagują wpierw oburzeniem. Cała sytuacja uruchamia w nich jednak emocje, które w końcu doprowadzają do morderstwa i samobójstwa.

Дата написания1970-01-01
Язык книгиpl
Возрастное ограничение0+

Читать онлайн

Страница 4 из 9

W jego intonacji i brzmieniu długich okresów dźwięczało coś, co uderzyło obu białych. Było to niby przypomnienie czegoś niekoniecznie znanego, a jednak podobnego do mowy ludzi cywilizowanych. Słowa Murzyna brzmiały jak słowa jednego z tych niesamowitych języków, które zdarza się nam czasem słyszeć w snach.

– Cóż to za szwargot? – rzekł zdumiony Carlier. – W pierwszej chwili wydało mi się, że ten drab mówi po francusku. W każdym razie to zupełnie inny żargon niż wszystkie, któreśmy kiedykolwiek słyszeli.

– Tak – odparł Kayerts. – Ty, Makola, co on tam mówi? Skąd przychodzą? Co to za jedni?

Ale Makola, który stał jak na rozżarzonych węglach, odrzekł spiesznie:

– Nie wiem. Przychodzą z bardzo daleka. Może pani Price ich zrozumie. To są może źli ludzie.

Wódz poczekawszy chwilę rzekł coś ostro do Makoli, który potrząsnął głową. Obcy rozejrzał się wokoło, zauważył szopę Makoli i ruszył ku niej. W następnej chwili usłyszano głos pani Makola przemawiającej z wielką płynnością. Pozostali goście – było ich wszystkich sześciu – wałęsali się bezceremonialnie po dziedzińcu, wtykali głowy przez drzwi składu, obstąpili grób białego, wskazując znacząco na krzyż i w ogóle czuli się jak w domu.

– Nie podobają mi się te dranie i – wiesz co, Kayerts – oni muszą pochodzić z wybrzeża; mają broń palną – zauważył sprytny Carlier.

Kayertsowi te dranie nie podobały się również. Obaj po raz pierwszy zdali sobie sprawę, że żyją w okolicznościach, w których niezwykłość może być niebezpieczna, i że poza nimi dwoma nie ma na ziemi żadnej siły, która mogłaby odgrodzić ich od tej niezwykłości. Weszli do domu zaniepokojeni i nabili rewolwery. Kayerts rzekł:

– Musimy powiedzieć Makoli, żeby kazał im pójść precz, nim się ściemni.

Obcy ludzie odeszli po południu, zjadłszy posiłek przygotowany przez panią Makola. Olbrzymia kobieta była bardzo podniecona i dużo z gośćmi rozmawiała. Terkotała ostrym głosem, pokazując tu i tam na lasy i rzekę. Makola siedział na uboczu i śledził rozmowę. Niekiedy wstawał i szeptał coś żonie do ucha. Odprowadził obcych aż poza wąwóz leżący w tyle na granicy gruntów stacyjnych i powrócił wolnym krokiem pogrążony w głębokiej zadumie. Gdy biali zwrócili się do niego z pytaniami, zachował się bardzo dziwnie; zdawało się, że nic nie rozumie, że zapomniał po francusku, że w ogóle zapomniał mówić. Kayerts i Carlier zauważyli zgodnie, że Murzyn wypił za wiele palmowego wina.

Wprawdzie była mowa o tym, że trzeba by trzymać kolejno wartę, ale wieczorem wszystko wyglądało tak spokojnie i cicho, że poszli spać jak zwykle. Przez całą noc przeszkadzało im dudnienie bębnów po wioskach. Gdzieś, w pobliżu rozlegał się głęboki, szybki łoskot – odpowiadał mu drugi w oddali – i zapadała cisza. Wkrótce krótkie pobudki odzywały się znowu tu i tam, zlewały się i rozrastały, potężniejąc w silny i przeciągły warkot, który wypływał z lasu, toczył się w ciemnościach, ciągły i nieustanny, bliski i daleki – jak gdyby cały świat był jednym olbrzymim bębnem huczącym bez przerwy wezwanie do niebios. A poprzez ten głęboki i potężny hałas nagłe wrzaski, podobne do śpiewów buchających z domu wariatów, przedzierały się w ostrych, zgrzytliwych wytryskach, sięgając wysoko ponad ziemię i niwecząc wszelki spokój pod gwiazdami.

Kayerts i Carlier źle spali tej nocy. Zdawało im się, że słyszą wystrzały, ale nie mogli ustalić, w jakim kierunku. Rano nie było Makoli. Wrócił około południa w towarzystwie jednego z wczorajszych przybyszów i wymykał się wciąż Kayertsowi, który ani rusz nie mógł się z nim rozmówić; zdawało się, że Makola ogłuchł. Kayerts bardzo się temu dziwował. Carlier, który łowił ryby na wybrzeżu, wrócił tymczasem i rzekł, pokazując swój połów:

– Jakieś piekielne dzisiaj poruszenie wśród tych Murzynów; ciekaw jestem, co się tam święci. Z piętnaście łodzi przebyło rzekę podczas tych dwóch godzin, kiedy łowiłem ryby.

Strapiony Kayerts odezwał się: – Ten Makola… czy nie dziwnie dziś wygląda?

Carlier doradził: – Trzymaj w kupie wszystkich naszych ludzi, bo nuż się coś wydarzy.

II

Na stacji było dziesięciu robotników, których tu zostawił dyrektor. Ci ludzie zgodzili się do Spółki na przeciąg sześciu miesięcy (nie mając żadnego wyobrażenia, czym jest miesiąc w szczególności i bardzo słabo zdając sobie sprawę z pojęcia czasu w ogóle) – a służyli już sprawie postępu więcej niż dwa lata. Należeli do plemienia osiadłego w bardzo odległej części tej krainy smutku i ciemności i nie mogli uciec, przypuszczając że tuziemcy zabiliby ich jako obcych wędrowców – w czym się bynajmniej nie mylili. Mieszkali w słomianych szałasach na stoku wąwozu zarośniętego trzciniastą trawą, tuż za budynkami. Nie czuli się szczęśliwi; żałowali świątecznych obrzędów, czarów i ofiar z ludzi, które były w zwyczaju w ich ojczyźnie, gdzie mieli także rodziców, braci, siostry, uwielbianych wodzów, szanowanych czarowników, bliskich przyjaciół oraz inne związki uznane na ogół za ludzkie. W dodatku porcje ryżu wydzielane przez Spółkę nie służyły im, ponieważ do pokarmu, którego w ojczyźnie nie znali, nie mogli się przyzwyczaić. Byli więc niezdrowi i nieszczęśliwi. Gdyby należeli do innego plemienia, wybraliby śmierć, aby uciec od powikłanych trudności życia – bo dla niektórych dzikich nie ma nic łatwiejszego od samobójstwa. Ale że należeli do wojowniczego plemienia o spiłowanych zębach, odznaczali się przeto większą odpornością i wlekli ogłupiały żywot wśród chorób i smutku. Pracowali niedołężnie i stracili swój wspaniały wygląd. Carlier i Kayerts leczyli ich wytrwale, nie mogąc doprowadzić ich do dawnego stanu. Kazali im co dzień odbywać musztrę i wyznaczali różne prace, jak żęcie trawy, budowanie płotów, ścinanie drzew i tak dalej; do porządnego wykonania tych prac żadna siła ziemska nie była w stanie ich zmusić. W gruncie rzeczy dwaj biali nie mieli na nich sposobu.

Makola przyszedł po południu do dużego domu i zastał Kayertsa śledzącego trzy ciężkie słupy dymu wznoszące się nad lasami.

– Co to takiego? – spytał Kayerts.

– Jakieś wioski się palą – odpowiedział Makola, który zdawał się odzyskiwać przytomność. Potem rzekł nagle: – Mamy bardzo mało kości słoniowej; handel źle szedł przez sześć miesięcy. Czy pan chce dostać więcej kości słoniowej?

– Tak – odrzekł skwapliwie Kayerts. Myślał o prowizji, która była mała.

– Ci ludzie, którzy przyszli tu wczoraj, to kupcy z Loandy; mają bardzo dużo kości słoniowej, więcej niż mogą udźwignąć w drodze do domu. Czy mam od nich kupić? Wiem, gdzie jest ich obóz.

– Naturalnie – rzekł Kayerts. – Kto to są ci kupcy?

– To źli ludzie – odrzekł obojętnie Makola. – Biją się z krajowcami, łapią kobiety i dzieci. To bardzo źli ludzie i mają strzelby. Wielki zamęt jest naokoło. Czy chce pan kupić kości słoniowej?

– Tak – odrzekł Kayerts.

Makola przez chwilę nic nie mówił.

– Ci nasi robotnicy są do niczego – mruknął, rozglądając się wokoło. – Stacja w wielkim nieporządku. Dyrektor będzie się gniewał. Dobrze byłoby dostać piękną porcję kości słoniowej – wtedy dyrektor nic nie powie.

Страница 4 из 9

Вам также может понравиться

Страница 1 из 10

Назад1210Далее