Загрузка...

AI-разбор доступен после входа

Суть книги, пересказ, главный конфликт, ключевые идеи, вывод, кому полезна, главные темы, персонажи и цитаты можно получить после входа в BookRa.

auto_awesomeПолучить AI-разбор

О книге

Po sukcesie Moralności pani Dulskiej autorka postanowiła kontynuowaćtemat zakłamanej, drapieżnej mieszczki.Poznajemy bliżej Matyldę Sztrumpf,kokotę, której pani Dulska wynajmuje mieszkanie na pierwszym piętrze.Dzięki przebiegłości gospodyni lokatorka opłaca stróża dla całejkamienicy i w odróżnieniu od innych płaci czynsz z góry za cały kwartał.Cicha, grzeczna i spokojna, nie przysparza kłopotów, swoich gościwprowadza, nie dając pożywki dla skandalu, kuchennymi schodami.Wszystko toczy się gładko do czasu przypadkowego spotkania…

Дата написания1970-01-01
Язык книгиpl
Возрастное ограничение0+

Читать онлайн

Страница 2 из 9

– Nigdy nie pozwoliłabym na profanację – uspakajała swe sumienie Dulska, bo coś tam zaczęło ją kręcić, gdy ksiądz uczciwie i serdecznie modlił się, obchodząc ściany jej domu w swej świeżo wypranej, wykoronkowanej komży.

*

I tak żyłyby Matylda Sztrumpf i pani Dulska pod jednym dachem cicho, zgodnie, przyjemnie dla stron obu.

Wprawdzie w oficynie22 krawcowa i żona konduktora kolejowego coś niecoś miały przeciw „prywatyzującej”, ale pani Dulska umiała godnością swoją pokryć wszystko i nawet przeciągnąć panią Oderwankową na stronę kokotki. Żona konduktora czuła się zaszczycona względami pani gospodyni i zaczęła widzieć w Matyldzie Sztrumpf damę miłą i elegancką, żyjącą z własnych funduszów.

– A zresztą… kto wie, moja pani, co to jest właściwie.

– Naturalnie. A potem nic sądźcie…

– Tak! Tak! …

Założyły ręce na brzuchach, pełne pobłażliwości kobiet „bez zarzutu” dla tych, które zarzuty dźwigały na sobie wraz z brylantami i koronkowymi bluzkami.

– Bo nie wiadomo, moja pani, co by się stało z nami, gdybyśmy się tak chowały bez matek, jak może ta… – wyszeptała nieśmiało konduktorowa, która znacznie była szczersza w swych odczuciach.

Dulska się nadęła.

– To nie, moja pani! … Już ja, żebym się nawet bez matki urodziła, zawsze byłabym, czym jestem.

Konduktorowa spostrzegła się, że za daleko poszła.

– Tak… tak… ja tylko sobie ot…

Właśnie przez bramę przesuwała się Matylda Sztrumpf. Miała elegancki i doskonale skrojony kostium biało-granatowy, rayé23 z takim samym żakietem tailleur24, bardzo otwartym na przodzie, a na głowie wyzywająco szykowny kapelusz z piórem, jak u generała w pierwszy dzień Wielkiejnocy.

– Prześlicznie się ubiera! – uśmiechnęła się blada i wiecznie w jednej orzechowej sukni i w wielokrotnie pranym popielato-wyblakłym paltociku chodząca żona konduktora.

– Bardzo… bardzo… – chwaliła Dulska. – Wiadomo, żyje z procentu, to może sobie i to, i owo…

– Tak, tak. Ale – z gustem.

– O, to osoba osobliwa. Zdaje się nawet za hrabią była25. Umarł podobno parę lat temu. Zostawił jej dziecinę.

– No, moja pani gospodyni. Jaki to los…

Żona konduktora rozrzewniła się. Miała skrofulicznego26 siedmioletniego chłopca. Bardzo była macierzyńska.

– Dziecinę! A gdzież?

– Chowa się u rodziny męża. U hrabskiej rodziny.

– Czemuż nie przy mamusi?

Dulska zmarszczyła brwi.

– Moja pani! Są dzieci, zwłaszcza z tych pańskich, że im powietrze miejskie nie służy. Dziecina jest na wsi.

– A… tak!

Konduktorowa westchnęła.

– Ach! żeby tak mego Olafuńcia można na wieś! … Ale skąd! … Teraz taki pieniądz drogi… Wiktuały27… czynsz…

Dulska zebrała w rękę tren szlafroka i znikła w głębi bramy.

Konduktorowa w najtajniejszych zakątkach duszy wypielęgnowała życzenie: „złam pysk”, lecz było to tak ciche, jak to, co człowiek w swej jaźni zamyka na hermetyczne angielskie zamki, nie wypuszczając na światło dzienne. Szło przecież o to, aby Dulska nie podwyższyła czynszu, więc należało zachować pewne komentarze i „trzymać z panią gospodynią sztamę28”.

A Dulska, idąc po wschodach29, po których włóczył się jeszcze zmieszany zapach perfum kokotki, przemyśliwała, jakby „wyciągnąć” jeszcze czynsze w oficynie. Naczytała się właśnie o procesie kolejowym, na którym rozwłóczono jawnie bajeczne kradzieże, dokonywane w kufrach i przesyłkach. Majaczyły się jej przed oczyma całe sezamy bogactw, w których ręce zanurzał taki pan „kolejarz”.

– Jeżeli inni – pomyślała – dlaczegóż by i nie taki Oderwanek, może i on… A skoro mieszka pod dachem uczciwej kamienicy, niech za to płaci!

Do głowy jej nie przyszło, aby złodzieja usunąć spod tego dachu – ale… niech płaci! … Płaciłby przecież paserom30.

*

Lecz oto Zbyszko, który po awanturze z Hanką puścił się na wielką łobuzerkę, spotkał się gdzieś nad ranem na wschodach z Matyldą Sztrumpf. Te dwie rozpusty zielone i zgniłe, cuchnące kwasem szampanowym i nieświeżymi ostrygami, zajrzały sobie w oczy.

W jednej chwili porozumieli się. Ona nie mogła dodzwonić się na swego starego Żyda, który gdzieś drzemał w głębi apartamentu. Zapomniała klucza.

On szedł wolno i zatrzymał się.

Jej białe boa puszyste i kosztowne wlokło się po dywanie schodów.

On przydeptał je butem.

– Och, pardon31.

Kokotka parsknęła śmiechem.

– Nie szkodzi! – rzuciła.

– Może: proszę częściej?

– Może…

Śmieli się oboje leniwym, niemiłym śmiechem.

Za drzwiami apartamentu rozległo się człapanie pantofli.

– Wreszcie idzie to stare bydlę – mówiła wdzięcznie Matylda Sztrumpf.

Drzwi się otwarły.

Zbyszko wcisnął się przemocą.

– Może się i młode bydlę na co przyda! – zaproponował.

*

Na pierwszego Matylda Sztrumpf nie zapłaciła czynszu, co więcej, gdy Dulska posłała z biletem stróża, ten zaraportował, że „pani” powiedziała mu, że się już z młodszym panem ugodziła.

Dulska posłała ponownie stróża.

Kokotka, która właśnie konstruowała cały abażur z loków na głowie, posiadając swych własnych pięć włosów do tego, odpowiedziała krótko i w swym ojczystym języku:

– Schauen's, dass Sie weiter kommen32.

Dulska zdębiała.

Nie rozumiała nic. Felicjan wzruszał ramionami, Julia Siewiczowa miała influenzę33, i Dulska za nic byłaby tam nie poszła. Zbyszko, na którego Dulska napadła, jęta szałem, wybuchnął nieprzyzwoitym śmiechem i odmówił wyjaśnień. Natomiast na domiar nieszczęścia nakazano z magistratu34, aby tradycjonalne35 koszyki do śmieci, w których wicher tak cudownie rozwiewał brud i zarazki po ulicach miasta, zostały zastąpione przez jakoweś pudełka drewniane z pokrywkami.

– Czemuż nie okute w srebro?! – wrzeszczała Dulska. – Zarazki… No to co? Z czegoś ludzie muszą umierać!

Właśnie stolarz przyniósł takich czternaście „śmieciarek” i ustawił je jak wojsko na dziedzińcu.

– Wielmożna pani gospodyni pozwoli! – błagał pokornie zartretyzmowany36 stróż, ziejący wszystkimi porami wilgoć piwniczną, w której moczyła go dzień i noc wielmożna gospodyni.

Jak wicher, jak huragan zleciała Dulska po schodach. Zapomniała podwiązek. Zatrzymała się i majestatycznie przypięła pończochę „haarnadlą”37, wyjętą z włosów, do barchanowych majtek. Po czym już z godnością, lecz z temperamentem, narzuciła się38 na stolarza i jego śmieciarki.

Choć zdawało się, że cała jej przemyślność pracuje w kierunku, ażeby urwać stolarzowi coś ze zgodzonej ceny, jednak troska o niezapłacenie czynszu przez Matyldę Sztrumpf dominowała nad wszystkim.

Ujrzawszy więc panią Oderwanek wracającą z miasta, gdzie owa dama maczała przez pół godziny palce we wszystkich garnkach ze śmietaną i masłem, narzuciła się znów na nią, zapominając o śmieciarkach, magistracie i stolarzu.

– Pani wie… moja pani, że ta, ta…

Poleciał potok słów.

Oberwankowa stała cierpliwie na środku dziedzińca, chłonąc w siebie jakieś zadąsane gdakanie pani Dulskiej.

Wreszcie pokiwała głową i wyrzekła:

– To było do przewidzenia. Skoro pan Zbyszko od niej nie wychodzi…

– Kiedy? jak? gdzie?

– To już nie wiem, kiedy, ani co. Ale to wiem, że tam przesiaduje często, a rankiem czasem razem dorożką na gumach wracają, bo mój mąż, jak kiedyś z obiadu wracał, to ich tak przed bramą spotkał.

– Jezus Maria!

Dulska porwała się za głowę, za piersi, za kark, kopnęła śmieciarki i poleciała na górę.

Страница 2 из 9

Вам также может понравиться

Страница 1 из 10

Назад1210Далее