Загрузка...

AI-разбор доступен после входа

Суть книги, пересказ, главный конфликт, ключевые идеи, вывод, кому полезна, главные темы, персонажи и цитаты можно получить после входа в BookRa.

auto_awesomeПолучить AI-разбор

О книге

Ciesz się klasyką! Miłego czytania!

Дата написания1970-01-01
Язык книгиpl
Возрастное ограничение0+

Читать онлайн

Страница 10 из 11

– Nie chcę upiora… Rozumiesz? – szepnęła tajemniczo dziwożona i wyszperawszy okiem na jego opuchniętej od ukąszeń dłoni najboleśniejsze miejsce, rozdrapała je nagle różowym i drobnym jak perła paznokciem.

Jednoręki syknął z bólu i z rozkoszy, która się wraz z bólem narzuciła.

– Rozumiem! – rzekł z zachwytem, czując, że otucha wstępuje mu do duszy. Ze współczuciem spojrzał na zabrakowanego Podlasiaka.

– Już! – zawołał w stronę obydwu towarzyszy. – Skończone!

– Już! Już! – zakrzyknął Podlasiak i wraz z kulawcem zbliżył się do dziwożony.

Trzej zalotnicy dumnie i zawiadacko poglądali wzajem na siebie…

– Teraz, gdy już wszystko wiadomo… – zaczął uroczyście Podlasiak.

– A jużci, że wiadomo… – przerwał mu jednoręki.

– Ciekawym tylko, co wiadomo – spytał kulawiec i splunął w stronę jednorękiego.

– Dwaj pozostali powinni się usunąć… – ciągnął dalej Podlasiak.

Dziwożona milczała ze wzrokiem utkwionym w ziemię i mięła w dłoni kędzior ujęty brodzie Podlasiaka.

– Im prędzej się usuną, tym lepiej! – zawołał kulawiec i dał nagłą sójkę w bok jednorękiemu.

– Przysiągłeś, że bez bójki się usuniesz! – krzyknął jednoręki, grożąc spuchniętą lewicą. – Kulawych nam nie trzeba!

– Nam? Jakim – nam? – wycedził przez zęby kulawiec.

– Wiem, co mówię! – odparł jednoręki i spojrzał na dziwożonę.

Dziwożona milczała uparcie.

– Musimy wprzód wyznać sobie nawzajem, co każdemu z nas dziewulinka na osobności szepnęła – zawołał Podlasiak, czując, iż zaszło jakieś nieporozumienie.

Nikt wszakże nie słuchał już jego rady.

– Usuń się, pókim cię jeszcze pięścią pomiędzy oczy nie uderzył! – krzyknął kulawiec i uderzył jednorękiego pomiędzy oczy.

– Uciekaj tyłem, jak od baby na kładce! – zaryczał nagle jednoręki i pchnął przeciwnika tak, że ów ostatni dał w tył kilka przymusowych odskoków.

– Kładka – kładką, a dziewczak – dziewczakiem! – wrzasnął odepchnięty i zaczerpnąwszy w garść ziemi, sypnął nią w oczy jednorękiemu.

Postanowił, widać, oślepić rozwścieczonego przyjaciela.

– Precz w tył! Precz w tył! – wołał niemal obłędnie jednoręki i mrugając oczyma, porwał kulawca za gardło. – Nie tkniesz dziewczycy, bo nie z twego chlewu!

– Ludzie dobrzy! – jęknął przerażony Podlasiak. – Nie łamcie przysiąg wobec niewinnej dziewulinki!

Pięści kulawca hulały niewzbornie wokół przytwierdzonej do gardła lewicy, lecz twarz jego zsiniała, a białka krwią nabiegły. Ostatkiem sił rozwahał ułomną nogę i niby potwornym taranem uderzał nią w przeciwnika.

Podlasiak, który dotąd trzymał za rękę dziwożonę, rzucił się nagle ku zacietrzewionym56 przyjaciołom, aby rozejm pomiędzy nimi uczynić.

Nie wiedząc, jak spojonych w walce przeciwników rozdwoić, chwytał na przemian to spuchniętą lewicę, to rozwahaną na oślep nogę kulawca…

Dziwożona tymczasem, korzystając z bójki, cisnęła o ziemię zgmatwany kędzior i ciszkiem a chyżo wymknęła się na wolność…

Podlasiak pierwszy spostrzegł jej ucieczkę i opuściwszy walczących, dał w ślad za nią nieludzkiego susa.

Wszakże w zapale i popłochu odbił się zbytnio od ziemi i posłuszny przeznaczeniom, z okrzykiem „Żegnajta! ” uleciał, nie chcąc, w niebiosy.

Nic innego nie zdążył powiedzieć na odlotnem.

Jego postać ciężka i olbrzymia bezpowrotnie i z przestankami wzbijała się ku błękitom, a targane wiatrem sztywne rajtuzy wydawały odgłos podobny do żałosnego turkotu odjeżdżającej na zawsze bryki…

Drugi z kolei kulawiec zauważył wszystko, co się stało. Dziwożona przebiegła obok niego, myśląc, że zajęty bójką nic nie widzi.

Wyrwał się z uścisków omdlałej z bólu dłoni i skoczył przed się, aby zbiega pochwycić.

Wszakże przez zbytnie roztargnienie pokwapił się naprzód kulawą nogą i runął, jak długi, na ziemię.

Teraz dopiero jednoręki zoczył uchodzącą.

Miał ją niemal no podorędziu, więc pośpiesznie wyciągnął dłoń, aby dziwożonę w czas zatrzymać, ale w nadmiarze wzruszenia wyciągnął właśnie tę dłoń, której nie miał…

Dziwożona z radosnym i dzikim krzykiem uchodziła w głąb lasu – wolna, wyśmiewna, niedościgła…

Zanim kulawiec zdążył powstać z upadku, znikła w rozbłyskanej słońcem zieleni.

Dwaj przyjaciele, milcząc, spojrzeli wzajem po sobie.

Obydwaj zrozumieli, że bójka, którą toczyli przed chwilą, stała się już zbyteczna.

Popołudniowe cienie z wolna gromadziły się pomiędzy drzewami. Szum chodził wierzchem lasu, nie przenikając do głębi.

– Ładny był dziewczak – rzekł wreszcie kulawiec i spojrzał na przyjaciela.

Jednoręki wyciągnął z torby kubek blaszany, obejrzał go starannie i schował z powrotem.

– Nie popsuła? – spytał kulawiec.

– Nie popsuła – odparł jednoręki.

– A chleba nie wyżarła? – spytał znowu kulawiec.

– Wyżarła – wyznał z westchnieniem jednoręki.

– Tatarakiem go, widać, przegryzała… – domyślił się kulawiec.

Jednoręki rozejrzał się naokół.

– A Podlasiak gdzie? – zapytał z niepokojem.

– Do nieba go zaniosło! – odparł kulawiec, palcem niebo wskazując. – W pogoni za dziewczakiem odbił się zbytnio od ziemi i odleciał bezpowrotnie. Podlasiakiem go nie nazywaj, bo dla nas jeno owo nazwisko niestosowne przybrał, lecz wzbijając się ku niebu, wobec Pana Boga prawdziwe imię wyznać musiał.

– Jakże mu było na imię? – spytał ciekawie jednoręki.

– Żegnajta – odpowiedział kulawiec. – Takie imię, że dość je przed kimkolwiek wymówić, aby już tyłem do ciebie się odwrócił…

– Podlasiaków dwóch znałem, a Żegnajty ani jednego – przypomniał sobie nagle jednoręki.

Wiatr powiał od lasu i odął z lekka na piersiach kulawca rozchełstaną w bójce koszulę.

– Czas nam w drogę! – rzekł nagle kulawiec i zajął zwykłe po prawej stronie stanowisko…

– Czas! – powtórzył jednoręki i poprawił torbę na plecach.

Obydwaj zgodnym krokiem ruszyli w jednaką zawsze drogę.

– Żegnajta! Żegnajta! – rozlegało się coraz wyżej i coraz ciszej w promiennych od słońca przestworach.

Lecz zadumani przyjaciele nie słyszeli dalekich okrzyków zapodzianego w niebiosach upiora.

Szli znowu – donikąd.

Страница 10 из 11

Вам также может понравиться