Загрузка...

AI-разбор доступен после входа

Суть книги, пересказ, главный конфликт, ключевые идеи, вывод, кому полезна, главные темы, персонажи и цитаты можно получить после входа в BookRa.

auto_awesomeПолучить AI-разбор

О книге

Ciesz się klasyką! Miłego czytania!

Дата написания1970-01-01
Язык книгиpl
Возрастное ограничение0+

Читать онлайн

Страница 8 из 11

– Na mój rozum, trza jej zawczasu, jak temu słowikowi, ślepie wyłupić! Inaczej nam wówczas zaśpiewa! – poradził kulawiec i dwa palce ułożył w widła ruchliwe, którymi od biedy można by było dwoje na raz oczu wyłupić.

Wór niespokojnie wzdrygnął się na trawie.

– Nie pozwolę na to! – wrzasnął Podlasiak. – Oczu jej najbardziej mi właśnie potrzeba!

– I mnie! – szepnął jednoręki, który dotąd trwał w zupełnym milczeniu.

– Niech patrzy! Niech patrzy! – wołał Podlasiak, pięścią bijąc się w piersi, jakby chciał zawczasu odpokutować i rozgrzeszyć niebezpieczną żądzę odbicia swej postaci w oczach dziwożony.

– Niech patrzy – powtórzył jednoręki.

Wszyscy trzej, dotychczas przykucnięci, powstali nagle z ziemi.

– Niech patrzy – powtórzył głośniej jednoręki i zanurzywszy dłoń w swej torbie żebraczej, wyłonił zowąd pokąsane przez pszczoły i lepkie od miodu ciało, które ostrożnie i ze czcią złożył na ciepłej od znoju trawie obok zapadłego w nagłej próżni wora.

Myśliwe spojrzenia trzech zwolenników nieprzynależnego nikomu jeszcze pocałunku z przedwstępną zadumą badały dziwożonę.

Była drobna i wiotka i pomimo jędrności biodrzystego ciała nie mogła, na oko przynajmniej, usprawiedliwić danej łakomie przez kulawca nazwy tłuścioszka.

Zbyt wielkie rzęsami kosmato najeżone oczy i zbyt purpurowe, i wypukłe jak zaraźliwy ponętny liszaj wargi zdawały się z nieznośnym mozołem mieścić w utulnie szczupłym owalu ogorzałej twarzy.

Zielony żuk, połyskliwie gmatwając się w jej wyświechtanym na słońcu i krótkim jak lwia grzywa warkoczu, co chwila i bez skutku zrywał się do niedołężnego lotu.

Wyrzucona ze zmierzchu wora na blask południa broniła się słońcu zmrużonymi na chwilę oczyma.

– Niech patrzy! Niech patrzy! – wrzeszczał jak obłąkany Podlasiak, zarzucając w tył głowę i rozkrzyżowując ramiona.

Jednoręki przez oka mgnienie przyglądał się dziwożonie, a potem, wzniósłszy oczy ku niebu, jął szeptem odmawiać pacierz, jak to czynił wówczas, gdy zająca w niespodziewanym darze otrzymał.

Ponieważ nigdy nie żegnał się niepowołaną do tej czynności lewicą, więc i tym razem czterykroć jeno szarpnął ułomnym ramieniem, o dopełnionym na odległość i ustronnie znaku krzyża napomykając sobie samemu.

Ten nabożny wysiłek potwierdził w bacznych oczach kulawca wartość zdobyczy.

– Ładny dziewczak! – rzekł, pocmokując ze znawstwem wargami.

Dziwożona tymczasem przetarła oczy i kolejno przyjrzała się trzem zalotnikom, którzy w milczeniu poddawali się badawczemu przeglądowi. Na twarzy jej zjawił się wyraz przestrachu i rozczarowania. Z nagłym oburzeniem kopnęła wór, tuż obok na trawie poległy.

– Nie bój się wora, dziewczyco! Już nie powrócisz do niego! – pocieszył ją jednoręki.

Dziwożona wsunęła klinem obydwie dłonie w ściśnięte i z lekka na bok odchylone kolana i skuliwszy się w ramionach, milczała. Nie miała zapewne nic do powiedzenia.

Podlasiak zdążył zauważyć, że na jednej jej dłoni tkwiła kurzajka, a na dużym palcu drugiej obierał się różowy paznokieć.

– Jeszcze raz nas obejrzyj, dziewulinko płochliwa! – szepnął nieśmiało.

Łatwo było postrzec, że o ile kulawiec nazywał dziwożonę zwięźle dziewczakiem, o tyle jednoręki udzielał jej rozwleklejszego miana dziewczycy.

Podlasiak mówił zdrobniale: dziewulinka.

– Jeszcze raz od początku… – powtórzył ciszej.

– Nie chcę! – odparła z dąsem dziwożona.

– Nie zbytkuj! – pogroził jej palcem na nosie kulawiec.

Dziwożona wzruszyła ramionami.

– Jesteście inni, zupełnie inni! Nie tacy, jakich mi się w worze po ciemku zachciewało! – skarżyła się, odymając wargi i srożąc oczy. – I w dodatku, temu brak ręki, a owemu nogi!

– A po co ci moja noga? I bez niej się obejdzie! – zgromił ją kulawiec.

Jednoręki nic nie powiedział, jeno ukosem spojrzał na spuchniętą od żądeł lewicę.

– A tamten trzeci po co ma sęk nad okiem? – spytała z wyrzutem w głosie dziwożona.

– To ten sam, ten sam! – przypomniał jej Podlasiak powołując się na wiadomy z sękiem wypadek.

Dziwożona spojrzała na niego ze złością.

– Po co sęk nad okiem, po co? – krzyknęła ze ślepym uporem i gniewnie uderzyła pięścią o trawę.

Podlasiak struchlał i zbladł, jak przyłapany na gorącym uczynku winowajca.

– Wybór masz wolny… – szepnął głosem drżącym i spuściwszy głowę, znieruchomiał od wstydu.

– Wybór, wybór! – przedrzeźniała go dziwożona, podrzucając ramionami. – Same przeszkody i nic ponadto!

– Nie nagromadzaj przeszkód! – ostrzegł ją zawczasu kulawiec.

Dziwożona pokazała język czerwony jak mak i wklęsły jak czółno.

– Wybieraj, póki czas! – zawołał kulawiec.

– Nie mogę! – odparła dość krzykliwie dziwożona.

– Zmuś się! – pisnął kulawiec i pięścią powahał w powietrzu.

Dziwożona z rozpaczą załamała dłonie.

– Przecież mi się wargi pokurczą od niechęci! – tłumaczyła się żałośnie. – Albo zacznę płakać tak, że nikt mnie uspokoić nie zdoła!

W głosie jej drgnęły dźwięki przyobiecanego płaczu.

– A my i rozpłakaną połasuchować się potrafimy… – odpowiedział kulawiec, mrużąc oczy.

Dziwożona stropiła się na chwilę.

– Nikogo nie pocałuję! – krzyknęła z nagłą stanowczością i ukrywszy głowę w dłoniach, zwinęła się w kłębek na trawie jak szczenię, które przed pieszczotliwą napaścią swych dręczycieli broni się za pomocą upartego odwracania od nich oczu.

– Mówiłem! – przypomniał z wyrzutem w głosie kulawiec. – Nie spodobaliśmy się i basta! Trzeba ją było w worze na oślep pomęczyć tak, żeby potem sił i tchu nie miała na wybryki i odmowy przekorne.

Podlasiak i jednoręki nic nie odrzekli.

Kulawiec końcem kija zmacał pogięty jak fala kark zwiniętej w kłębek dziwożony.

– Dziczysz się czy oswajasz? – zapytał.

Dziwożona podniosła nagle głowę i rozpołowiła dłońmi spadłą na twarz i niciasto skrzącą się grzywę. Snadź powzięła nowe postanowienie.

– Chodźmy razem do pierwszego jaru, tam się przestanę dziczyć i jednego z was wybiorę – rzekła z udaną ochotą i trwożnie zerkając po obecnych, wskazała dłonią głąb lasu, gdzie pierwszy jar się znajdował.

– Do jaru, ludzie dobrzy, do jaru! – zawołał z zapałem Podlasiak.

– Do jaru! – zawtórował jednoręki.

– Niechta! – dorzucił, machając dłonią, kulawiec.

Podlasiak ujął lewą, a jednoręki prawą dłoń dziwożony i trzymając ją za dłonie, jak się trzyma swawolne i nieposłuszne dziecko, pobiegli we wskazanym kierunku.

Kulawiec pomknął obok, aby mieć na oku dziwożonę i wybredzając w podskokach, starał się im nadać trudny do uznania pozór figlarnej i nieprzymuszonej zalotności.

Biegli żwawo poprzez gąszczary i przesmyki leśne.

Jabłkowite plamy pokruszonego o gałęzie słońca i liściaste wzory altanowo pokratowanych cieni przesuwały się po ich twarzach, piersiach i nogach, i znacząc szybkość ich biegu swym w przeciwną stronę odlotem, oddawały ich władztwu następnych cieni i kół słonecznych.

Dotarli wreszcie do pierwszego jaru.

– Chciałaś jaru, masz jar – rzekł kulawiec, podejrzliwie i ukosem poglądając na dziwożonę.

– Zdawało mi się, że nad jarem łatwiej mi będzie o namysł i o wybór, alem się pomyliła! – oświadczyła nagle zdyszana biegiem dziwożona. – Nie chcę jaru, nie chcę jaru! Biegnijmy dalej do pierwszego strumienia! Nad strumieniem się namyślę i wszystko powiem!

Страница 8 из 11

Вам также может понравиться