Загрузка...

AI-разбор доступен после входа

Суть книги, пересказ, главный конфликт, ключевые идеи, вывод, кому полезна, главные темы, персонажи и цитаты можно получить после входа в BookRa.

auto_awesomeПолучить AI-разбор

О книге

Ująwszy się za uderzoną przez policjanta obcą dziewczyną, student Misza trafia do więzienia, gdzie zadziwia wszystkich uśmiechem i pogodą ducha.W miarę upływu czasu zaczyna jednak coraz głębiej zastanawiać się nad systemem, w którym każdy jest albo oprawcą, albo ofiarą. Słucha ponurych opowieści zastraszonych, zobojętniałych strażników, mocno przeżywa okrucieństwo współwięźniów wobec najsłabszych i czuje, że to zamknięte, patologiczne środowisko jak w soczewce ukazuje niesprawiedliwość społeczną carskiego imperium.Pewnego dnia w celi obok pojawia się intrygujący sąsiad: więzień polityczny. Misza nie zna brzmienia jego głosu, ale dzięki stukaniu w ścianę alfabetem Morse'a poznaje jego poglądy. Teraz musi podjąć decyzję.

Дата написания1970-01-01
Язык книгиpl
Возрастное ограничение0+

Читать онлайн

Страница 8 из 12

– Gdzież? – rzekł Oficerow, smutnie spuściwszy oczy. – Przecież wszędzie się biją… całe życie walka, ja wiem… Tylko ot moja matka… w klasztorach, być może, nie ma tego… I ja bez wątpienia poszedłbym do klasztoru… ale…

Oficerow nagle zamilkł. Stali za węgłem więziennej baszty, obok kupy śmieci, żwiru i jakichś ułamków drzewa.

Ponad nimi wolno i poważnie przewalały się czarne chmury, dął wiatr i przynosił skądś z miasta rozbite, nieharmonijne dźwięki.

– Co – ale? – zapytał Misza.

– Pan mi wybaczy – trwożliwym szeptem począł mówić Oficerow, co chwila mrugając oczami, jakby widział przed sobą oślepiające światło – wybaczy pan – może to – moja wielka głupota – ot i koniec…

– O cóż chodzi? – zniżając głos, szybko zapytał wzruszony młodzieniec.

Oficerow przysunął się doń i drżącym głosem wymówił:

– To – co się tyczy Boga… Czy – pan wierzy?

Misza opuścił głowę i po chwili odrzekł z cicha:

– N-nie wiem…

– I ja też nie wiem! – śpiesznie poparł go więzienny dozorca.

– Bardzo o Nim myślę… bo przecież, jeżeli On rzeczywiście… to po cóż wszędzie takie okropności? … I okrucieństwa? Pan – człowiek uczony… po cóż więc okropności i okrucieństwa?

W oczach jego zjawiły się duże mętne łzy, otrząsnął je ruchem głowy i pośpiesznie, nie oglądając się, odszedł.

VIII14

A po ścieżce koło okna Miszy codziennie w skupieniu chodzili wciąż tam i z powrotem, jak zwierzęta w klatce, samotni, posępni, źle ubrani ludzie z wygłodniałymi twarzami i wielce zadumanymi oczyma. Człowiek w marynarce znikł już, obecnie miejsce jego zajął jakiś chudziutki jegomość w okrągłej barankowej czapce i starym sukiennym paltocie rudej barwy. Chodził zawsze bardzo prędko drobnym krokiem, prawie biegł; palto miał śmiesznie luźne, zlatujące z ramion; nieustannie wstrząsał swym drobnym ciałem, usiłując zatrzymać palto na sobie; jego maleńka, rozumna twarz jaśniała uśmiechem, wargi drgały mu bez ustanku, szarpał co chwila cienką i suchą ręką rozwichrzoną, czarną siwiejącą bródkę, kiwał głową… I na tle szarej więziennej ściany, nie wiadomo czemu, człowiek ów przypominał Miszy jasno i wesoło płonącą świecę w dużej, nieprzejrzystej i brudnej latarni…

– Kto to jest, czy nowy? – spytał Misza Kornieja.

– Wasyl Nikitycz…

– Robotnik?

– Kto go tam wie? – spokojnie odpowiedział starzec. – Zdaje się, jakby robotnik… jednak też coś w rodzaju politycznego… a co najważniejsza, błogosławiony… On tu często bywa…

– Bywa! – powtórzył Misza, uśmiechając się. Podobało mu się, że o tym człowieku mówią – „bywa” w więzieniu, a nie „siedzi”.

– To człowiek nieustraszony! – mówił do Miszy Oficerow, jak zwykle ostrożnie się oglądając i zniżając głos do szeptu. – Każdemu potrafi prawdę powiedzieć, prokuratorowi, naczelnikowi… Przyjechał wicegubernator, to i jemu zasolił. Ja, powiada, myślę tak, a pan inaczej… ale, mówi, powinniśmy szanować jeden drugiego, dlatego, że ja jestem człowiekiem i pan człowiek… a poza tym wszystko inne – błąd… I mundur, powiada, nic nie znaczy. Wsadzili go za to na tydzień do karceru. A on roześmiał się i powiada: to już zupełnie nic nie znaczy… wprost – głupota! Czegoż, powiada, dowodzi karcer…

Oficerow wyprostował się nagle i w oczach jego Misza po raz pierwszy ujrzał jakiś nowy blask, niby blask radości.

– I – racja! Bo jeśli ja panu mówię prawdę, a pan mnie za to w pysk… czyż przez to prawda stanie po pańskiej stronie?

– Rozmawialiście z nim? – spytał Misza.

– Nie… co też pan! – odskoczył z przestrachem dozorca. – Ja się boję! Ja – tylko z panem… Pan mówi cicho… a on wcale po cichu nie może mówić… taki już ma głos!

I, uśmiechnąwszy się wstydliwie, wyszeptał:

– Mam jedne wiersze… bardzo pasują do niego!

– Jakie? powiedzcie! – poprosił Misza. Oficerow obejrzał się, zakrył oczy rzęsami i westchnąwszy rzekł:

– Później… może jakoś… Niech pan spaceruje… odejdę… żeby przypadkiem nie zobaczyli…

– Posłuchajcie, Oficerow – począł mówić podrażniony Misza, przytrzymując go za rękaw munduru – powinniście, powinniście koniecznie stąd odejść! No, co z was za dozorca? Masz pan taką wylękłą duszę…

– Ach… ale gdzież ja pójdę? – cicho zawołał dozorca, pośpiesznie wyrwawszy rękaw z uścisku Miszy. – Wszystko jedno… wszędzie to samo… dla spokojnego człowieka, całe życie – więzienie… jedno tylko pozostaje – mogiła!

Nisko opuścił głowę i odszedł, a Misza, czując nad nim litość, a zarazem zirytowany, chodził wzdłuż więziennego muru i myślał ze złością:

– No, i co za sens ma życie tego człowieka… jakiż sens?

Na mokry dach więzienia i na zabłoconą ziemię smutnie i ospale leciały drobne płateczki śniegu, padały w błoto i nieznacznie znikały.

Za rogiem więziennej ściany Misza dostrzegł szarą, zwartą grapę aresztantów, jeden z nich stał, cisnąc się do ściany; skurczył się i jak zaszczuty pies bez ustanku kręcił szyją. Głowa jego zabawnie trzęsła się, ręce miał szczelnie przyciśnięte do piersi i na pół ochrypłym głosem mamrotał:

– Braciszkowie… to nie ja! na rany boskie – nie ja!

Przed nim bez ruchu, jak wielkie kamienie, stali trzej towarzysze i jeden z nich, wysoki, również niegłośno i spokojnie mówił:

– Nie straszcie go, chłopcy… nie bijcie go!

I raptem odstąpił na krok w tył, zamierzył się nogą i z całej siły kopnął stojącego pod ścianą w dolną część brzucha, nie przestając spokojnie jak i przedtem perswadować towarzyszowi:

– Nie bijcie go… po co? No, po co to?

Aresztant głucho jęknął i jak worek padł na ziemię, trzej zaś towarzysze, nie spiesząc się, milcząc jęli go kopać wszyscy razem, wysoko zadzierając nogi, jakby wyrabiali kupę głębokiego błota… I głuche uderzenia obcasów w miękkie ciało pochłaniały spokojny głos wysokiego aresztanta, który przy każdym uderzeniu swej długiej nogi, dodawał miarowym głosem:

– Nie bijcie go! … dość… nie bijcie! … R-raz!

Gniew, przestrach, wstręt napełniły duszę Miszy; miał uczucie, jakby się raptownie zachłysnął dymem, coś gorącego i ciemnego rzuciło mu się do głowy, oślepiło oczy i ciężko dysząc, bez krzyku pobiegł naprzód…

Ale trzej aresztanci odeszli już na bok i wysoki mówił:

– No, Paszka, dość babrać się w błocie… no!

U nóg Miszy, podnosząc się z ziemi, kurczyło się niewielkie, pomięte, uwalane w błocie ciało; słyszał ochrypły szlochający głos:

– To nic… ja – odpłacę… dobrze!

– Niegodziwi! – krzyknął Misza, zwracając się ku aresztantom.

Wysoki uśmiechnął się, milcząco wyciągnął rękę i pokazał mu figę…

– To nic! – ochryple mamrotał pobity. Drżącymi rękoma nasuwał czapkę na głowę, słaniał się jak pijany, kaszlał i pluł krwią. Twarz miał boleśnie wykrzywioną, ruda broda i wąsy trzęsły się, otwarte15 usta na bladej twarzy łapczywie oddychały na podobieństwo głębokiej krwawiącej rany. A w niebieskich oczach żarzyło się zimne, bezlitosne okrucieństwo… Misza pomógł mu powstać z ziemi, wyjął chustkę z kieszeni… Lecz w tej chwili powoli zbliżył się wartownik i począł mu robić wymówki:

– Znowu pan podchodzi, panie! Ile razy…

– Przed chwilą tutaj go zbili! – drżąc na całym ciele rzekł Misza.

– Mówione było panu – żeby nie podchodzić…

– Chciejcież zrozumieć! – oni go bili! – przekonywająco powtórzył Misza.

Страница 8 из 12

Вам также может понравиться

Страница 1 из 402

Назад12402Далее