Загрузка...

AI-разбор доступен после входа

Суть книги, пересказ, главный конфликт, ключевые идеи, вывод, кому полезна, главные темы, персонажи и цитаты можно получить после входа в BookRa.

auto_awesomeПолучить AI-разбор

О книге

Rody Trzasków i Zbrojów zwaśnione są od dawna. Basia, najstarsza córka Trzaski, i Staszek, jedyny syn Zbroi, są w sobie zakochani, ale ich rodzice nie zgadzają się na ten związek.Trzaska w końcu odsyła Basię do Krakowa, rodzi mu się też kolejna córeczka. W dniu jej narodzin, wieczorem, zjawia się tajemniczy przybysz. Zadowolony z gościny obiecuje zostać ojcem chrzestnym dziecka. Zbroja i Trzaska złorzeczą sobie nadal, ale nie wiedzą, że los niebawem wystawi ich na próbę. Czy Basia i Staszek otrzymają swoją szansę?Trzaska i Zbroja to jedna z powieści historycznych dla dzieci autorstwa Antoniny Domańskiej, tworzącej na początku I połowy XX wieku. Utwór powstał w 1913 roku. Pisarka zasłynęła jako autorka tego typu utworów prozatorskich, w których przystępną fabułę, bliską dziecięcej rzeczywistości, łączyła z faktami historycznymi.

Дата написания1970-01-01
Язык книгиpl
Возрастное ограничение0+

Читать онлайн

Страница 13 из 16

– A co? Nie mówiłem, że kumoter przyjdzie w samą porę? Pal z bata, chłopcze! Chrzciny jadą, a król kumem!

Skoczyły konie z kopyta, brzękadła u chomąt zadzwoniły na larum119, sanie pomknęły leciutko po nowym śniegu, a Staszek strzelał z bicza raz za razem.

– O, Jezu Nazareński! Gdzie ja oczy podzieję, nieszczęśliwy! – jęczał w duchu Trzaska skurczony na słomie, chowając głowę za plecami Zbroi.

– Pięć dni temu powiadaliście, kumotrze, iże mnie tak srodze miłujecie, a dziś ani chcecie spojrzeć na mnie – rzekł król, udając obrażonego.

– O, panie najłaskawszy… najlepszy… wiecie wy dobrze, czego się wstydam. Toli 120wygadywałem zuchwalstwa okrutne. Zasłużyłem na ciężką karę!

– Człowiek wziął do serca waszą mowę. Król nic nie słyszał i nic nie pamięta. A teraz weselmy się społem, coby znać było, że nie na pogrzeb, ino do chrztu jedziemy! Pawłowa, nie umiecie tam jakiej śpiewki ładnej?

– Gdzieżbym ja śmiała…

– Proszę was pięknie.

– Orsula, nie wzdragaj się, kiedy miłościwy pan rozkazuje. Dy się drzesz przy robocie po całych dniach.

– W gardle mię ściska…

– Za waszą łaską, miłościwy panie, odważę się pochwalić moją babę. Taki ci ma zmysł w głowie do śpiewek, że na zawołanie będzie sypała coraz coś nowego jak z rękawa.

– No, wójtowa. Jakoż to ma być? – szepnął Wojciech. – Sam król was prosi, a wy nie i nie.

– Dobrze, zaśpiewam, ino cobyście mi nie przerywali.

– Nigdy w świecie.

– No, pamiętajcie.

Przymknęła oczy w skupieniu, namyśliła się chwilę, wreszcie zapiszczała cieniutkim dyszkantem:

Płynie gąska, płynie po głębokiej wodzie, Trzaski ze Zbrojami w odwiecznej niezgodzie.

– Orsula, co cię podleciało? – syknął mąż.

Strzepnęła ku niemu ręką i śpiewała dalej:

Kwitnie w życie, kwitnie bławatek niebieski, Zawarli dziś przyjaźń do grobowej deski. Jedzie wóz na przewóz, malowane kółka, Zbroje mają syna, a u Trzasków córka.

– Rany boskie, Pawłowa! – zajęczał Wojciech.

Uderzyła go palcami po ustach i kończyła:

Zimą pada śnleiek, róże kwitną latem, Kiedyście kumoter, bądźcie, królu, swatem!

– Staszek! – wrzasnął Zbroja. – Opętało cię?! Trzymaj konie, bo poniosą! Słyszysz?! Konie trzymaj! Do rowu królewską osobę wywalisz! … A wszystko przez ciebie, gębo niepomiarkowana! – z tłumioną złością rzucił w samo ucho żonie.

Pawłowa schyliła się twarzę do spowitego pod kożuchem dzieciątka, niby to bardzo skruszona, a w duszy rada121, że jej się tak wyśmienicie udało.

A król śmiał się, śmiał, aż mu zęby spod wąsów łyskały.

– Czegóż swarzycie na niewinną niewiastę? Zaśpiewała składnie i dorzecznie, o cóż wam chodzi?

– W tym sęk właśnie, miłościwy panie, że śpiewka była składna, a cale122 niedorzeczna.

– Przez Szewską furtkę jechać? – spytał Staszek, wstrzymując konie.

– Zawróć ku Floriańskiej – rozporządził król.

Ładny krakowski zaprząg, donośne dzwonki, sanie wymoszczone słomą wysoko i orszak służby w barwie królewskiej o kilka kroków z tyłu, zwracały uwagę przechodniów. A kto rzucił okiem na jadących, od razu poznawał króla i, rozwarłszy usta z podziwu, biegł co sił w tym samym kierunku dowiedzieć się, co dalej będzie.

Stanęli przed kościołem Panny Marii. Garstka ciekawych urastała w tłum.

Zbroja wyskoczył pierwszy i biegł na prawą stronę wozu pomóc królowi przy wysiadaniu, ale Kazimierz zesunął się zręcznie na ziemię i otrzepywał źdźbła z odzieży. Tedy obaj chłopi zajęli się Zbroiną, która zapadła głęboko i ani rusz nie mogła się z dzieckiem wygramolić.

W drzwiach kruchty stało dwóch kościelnych. Jeden, ujrzawszy dojeżdżające sanie, poskoczył przez kościół do zakrystii. Drugi pokłonił się do ziemi i przymknięte podwoje roztworzył szeroko.

– Ksiądz wikary dziwuje się pewno, co nas tak długo nie widać – rzekł król. – Zawiadomiłem go, że przyjedziemy późnym rankiem, a tu już, widzę, na południe przedzwonili.

– Jego przewielebność sam ksiądz proboszcz przyszedł co tylko z prałatówki, jest w zakrystii, a nas tu na czatach postawił, coby mógł jak najrychlej wyjść z godną asystą naprzeciw miłościwego pana.

– Biegaj mi w te pędy i zawiadom księdza proboszcza, jako dziś cale sobie nie życzę powitania z baldachimem, świecami i wielebnym duchowieństwem. Wyraźnie powiedz: „król prosi, aby tego dziś nie było”.

Kościelny pobiegł z rozkazem, a po chwili z głębi kościoła wynurzyła się przygarbiona postać proboszcza mariackiego, księdza Jana Gębarta, staruszka osiemdziesięcioletniego, w kwiecistej kapie.

– Laudetur Jesus Christus.123 Pokorne służby moje składam u stóp waszej królewskiej miłości.

– In saecula saeculorum.124 Wdzięczen jestem niewymownie za uprzejmość przewielebności waszej – odpowiedział Kazimierz, całując księdza w ramię.

– Ani wie, dziecinka, co za splendor niezasłużony ją spotyka – zdumiewał się staruszek. – Królewska chrześnica! Wyście za kumę, niewiasto? – dodał zwracając się do Zbroiny.

– Nie, ja ino względem opieki, proszę przewielebności. Otulałam dziecko przez drogę, coby się nie zaziębiło.

– A gdzież chrzestna matka?

– Posłałem po nią dworzanina. Idzie z nim właśnie.

– Co? Jacentowa? Babka kościelna?

– Z moją siostrą raczycie, miłościwy królu?

Trzaska nie wiedział, czy ma płakać, czy śmiać się z radości.

Jacentowa wróciła po sumie do swej izdebki w prałatówce i właśnie zasiadły z Basią do obiadu, gdy wszedł dworzanin królewski. Miał wyraźnie nakazane nie dawać jej żadnych wyjaśnień, tylko przyprowadzić czym prędzej.

– Gadajcież, panie, kto mnie woła, bo nie pójdę! – postawiła się babina rezolutnie.

– Taki, którego prawo rozkazować, a nasze prawo słuchać.

– Czemu nie powiecie po prostu, że ksiądz proboszcz? Ady lecę w te pędy, ino ciepły czepiec zawdzieję.

– Nie moglibyście przystroić się odświętnie?

– A cóż to, moja katana nie piękna? Cała, czysta. Co jej brakuje? Tedy idźmy, skoro mamy iść. Baśka, pilnuj, coby krupnik nie wystygł.

– Weźcie mnie z sobą, ciotusiu…

– Ciekawość po co. Zresztą, chodź. Może trza będzie co uprzątnąć, a mnie dziś jak na złość drze po kościach, to mi się wyręka przyda.

Wyszli na ulicę.

– Zbiegowisko jakieś. Co się tam dzieje?

– E, nic. Ludzie do chrztu z dzieckiem przyjechali.

– No, to wejdźmy do kościoła inszymi drzwiami. Po co się pchać?

– Kiedy właśnie tam was potrzebują.

– Mnie? O raju, ady tam Wojciech stoi przy saniach! Ten drugi to Zbroja. We drzwiach ksiądz proboszcz w kapie.

– No, prędzej, prędzej, nie ociągajcie sięl

– A ówże co za jeden, ten wysoki, w aksamitowym kołpaku, plecami odwrócony?

– Ten ci właśnie kazał was wołać.

– Rada gęba, że pan śpi. A co młodemu chłopu po starej babie? Rany boskie święte, król miłościwy!

Chciała się cofnąć, skryć w tłumie. Za późno. Już ją dostrzeżono. Trzaska poskoczył, porwał ją za rękę i siłą przed króla pociągnął.

– Jak się macie, Jacentowa! – przywitał król babkę jakby najlepszą znajomą. – Czekamy na was. Córuchnę Trzasków przywieźliśmy do chrztu, wszystko gotowe, ino chrzestnej matki nam potrza. Nie odmówicie chyba?

– Nie godzi się, nie wolno odmówić, miłościwy panie. Nie chwalący się to już będzie czterdzieste czwarte.

– Właśnie moje lata! – roześmiał się Kazimierz. – Bierzcie dziewuszkę na ręce i śpieszmy. Ksiądz proboszcz za długo już w kruchcie czeka.

– Zbroja mój kumoter?

Страница 13 из 16

Вам также может понравиться

Страница 1 из 7

Назад127Далее