Загрузка...

AI-разбор доступен после входа

Суть книги, пересказ, главный конфликт, ключевые идеи, вывод, кому полезна, главные темы, персонажи и цитаты можно получить после входа в BookRa.

auto_awesomeПолучить AI-разбор

О книге

Powieść z czasów Króla Łokietka. Po śmierci siostry rodzice Walusia, w obawie, że jego również stracą, bardzo się o niego troszczą.Dwunastoletni pastuszek bardzo dużo czasu spędza na świeżym powietrzu – wykorzystuje go na samotne wędrówki po lasach i skałach. Pewnego razu odkrywa dziwną grotę, a jego rodzice późnym wieczorem przyjmują tajemniczego gościa. Niedługo później Waluś spotyka rycerza, który obiecuje mu zapłatę za wytropienie zbójcy…Królewska niedola to jedna z powieści historycznych dla dzieci autorstwa Antoniny Domańskiej, tworzącej na początku I połowy XX wieku. Utwór powstał w 1916 roku. Pisarka zasłynęła jako autorka tego typu utworów prozatorskich, w których przystępną fabułę, bliską dziecięcej rzeczywistości, łączyła z faktami historycznymi.

Дата написания1970-01-01
Язык книгиpl
Возрастное ограничение0+

Читать онлайн

Страница 10 из 13

– Niech cię Pan Jezus błogosławi. Tyle ci rzekę.

Pobiegła do komory, a synek objął ojca za szyję i przytulił się do niego pieszczotliwie.

– Tatusiu przezłocisty… nad żywot was miłuję!

Waluś zmiatał kaszę, aż mu się uszy trzęsły. Raz wraz poglądal, to na ojca, to na matkę, i uśmiechał się. Prawdziwie mógł powiedzieć, że mu kamień spadł z serca.

Rozdział czwarty. W ojcowskich pieczarach

Kilka dni minęło; gospodarskie zajęcia Walkowego tatusia i jego służba przy księciu Władysławie szły zwykłym trybem: rano robota w polu, w południe pospieszne obiadowanie i tajemna wyprawa do skał z dwojakami. Czterej młodsi bracia Dąbkowie biegali raz wraz do Krakowa i innych miast Małopolski z listami albo ustnymi zleceniami królewskimi. Zaczem nocą zjeżdżali się wezwani do Łokietka rycerze i odbywały się poufne narady. Inni starsi gospodarze, świadomi tajemnicy i niebezpieczeństwa, utrzymywali straż w krużgankach podczas tych zebrań u króla, by się tam nie wkradli zdradliwi Czesi, a zwłaszcza Wrzecisław, o którego zamiarach wiedziano od najstarszego z Dąbków.

Wysłańcy ze wszystkich dzielnic Polski donosili miłościwemu Panu, że rycerstwo gotuje się do walki; po dworach i gródkach kupi się młodzież zdatna do boju, każdy wedle swego zawołania ma się stawić na dane hasło, pod znak najstarszego z rodu. Wszystkie te przygotowania czynią się ostrożnie, jak najmniej widocznie. Zjazdy rycerskie pokrywają się pozorem łowów, zrękowin, wesel, aby tylko uśpić czujność starostów i starszyzny wojskowej czeskiej, dowodzącej załogami po miastach.

Podczas gdy Władysław Łokietek rozpytywał o szczegóły i wydawał rozporządzenia, Dąbek doglądał kaganków, zaświecał smolne trzaski, wtykał je w szpary i łowił chciwym uchem każde słowo. Śpiąca dusza ciemnego, zapracowanego chłopa budziła się do życia. Jak zboże na nowinie, tak bujnie wzrastała w jego sercu miłość ojczyzny.

Pewnego południa, właśnie co powstali wszyscy troje od misy, Waluś pociągnął ojca za rękaw i wybiegł poza chałupę.

– Chciałeś czego, syneczku? – zapytał Dąbek zdziwiony.

– Cośbym wam rzeknął, a nieradbym, żeby się matusia strachali niepotrzebno.

– Możesz gadać śmiele; przyspasabia obiad dla miłościwego pana, nie wyjdzie do nas.

– Tatusiu… widzi mi się, że… źle z nami.

– W jakim sposobie?

– Czeska potwora coś miarkuje.

Ojciec żachnął się.

– Niby że co?

– Ano, spotkałem go wczoraj, pokłoniłem się i czekam, żali mię o co zapyta. Pojrzał spodełba, jak ten wilk, machnął ręką, i poszedł, ani się odezwał.

– Może miał jakie insze myślenie.

– A znowu dziś, inom wybiegł z rana przed wrota, patrzę ku Modlącej Królewnie, moi ludzie… a to co nowego? Ktoś stoi na szczycie. Z takiej dalekości nie mogłem nic rozeznać, więc biegnę w te pędy ku skałom, bo odkądeście mi powiedzieli o tych wielkich rzeczach, wciąż ino się trapię i wszystkim się niepokoję. Łaska boska, że mam oczy bystre, poznałem rycerza ze Żlebu, zanim on mię dojrzał. Rękoma się od jasności zasłonił i rozpatrował się pilno a długo na wsze strony. Tedy pomyślałem, że was muszę prosić, abyście mnie ze sobą brali, ilekroć idziecie do jaskini.

– Chrobaczku najmilejszy, jakoż mię bronił będziesz? – z pobłażliwym uśmiechem rzekł ojciec.

– Do obronym za słaby, to się wie. Ale stać u wejścia i powiadomić was, gdyby się co złego święciło, na to się wam srodze przydam.

– Prawda twoja. Wstydno mi, żem sobie dworował z roztropnego dziecka.

– Ano, to i dziś pójdziemy razem; dobrze, tatusiu?

– Dobrze. Ino ty idź po drugiej stronie rzeki, a dopiero jak w czeluść wlezę, możesz się przybliżyć i dawać pozór.

Dobrze się Waluś domyślał: rycerz Wrzecisław ze Żlebu zaczął go istotnie podejrzywać od kilku dni o chytrość i kłamstwo. Pierwsze, co zwróciło jego uwagę, było owo opowiadanie o niedźwiedzich śladach, którymi go chłopiec postraszył. Zaraz nazajutrz wziął ze sobą kilku zbrojnych ludzi i poszedł z oszczepem na upragnione z dawna łowy. Skierował się prosto w stronę, o której Waluś mówił, przetrząsnął lasy i wzgórza dookoła, nie znalazł nic. Za to wydeptanych ścieżek było kilka, wszystkie zbiegły się w jedną, ta jedna zaś znikała w kolczastych zaroślach i stromych urwiskach. A zapewniał go przecie malec, że ani mowy, by się kto miał ukrywać w tej stronie. Gdzież więc chodzono owymi ścieżkami, kto chodził i do kogo?

Rycerz rozszerzył dalej swoje badania, zapuścił się na drogę ku Krakowu; uderzyło go, że na zakręcie gościńca widniały gęste ślady kopyt końskich, trawa była do cna stratowana, a kora u kilku drzew otarta w pewnej wysokości do żywego. Nietrudno było dorozumieć się, że tu często konie wiązano, że stały one długo, niecierpliwiły się czekaniem i szarpały wiążące je do drzew rzemienie. W tym miejscu więc jeźdźcy jacyś zsiadali z koni i szli ku skałom, bo tak właśnie wskazywały piesze ślady na wydeptanych ścieżkach.

– Straszy mnie niedźwiedziami – pomyślał rycerz – zatem zna tajemnicę, i chce mię obałamucić. A więc właśnie ino tutaj będę szukał.

Czaił się między drzewami, wyłaził na szczyty, podpatrywał, aż i złapał nić prowadzącą do kłębka… dwa razy ujrzał chłopa z dwojakami, zdążającego w zarośla. Nim dobiegł w to miejsce, ślad się urywał i mimo całej swej przebiegłości nie mógł Wrzecisław rozwiązać zagadki. Jednak nie dawał za wygranę. Sprawdziwszy, że ów człowiek niesie jedzenie zawsze w samo południe, brał codziennie o tej porze dziesięciu żołnierzy z grodu i tym kazał czekać na siebie w pobliskim lesie. Sam zaś ukryty za krzaczastą leszczyną czyhał na chłopa tuż przy miejscu, gdzie mu znikał z oczu, jakby w ziemię zapadł.

– Raz go przecie doścignę – tak rozumował – dowiem się, gdzie idzie, a skoro się upewnię o tym, co mi potrzeba, uśmiercę chama, żeby nie miał czasu przestrzec nikogo. Otoczę mym żołnierstwem gniazdo i dostanę skalnego sępa.

Dąbek i Waluś szli z dala jeden od drugiego; nie spotkali po drodze żywej duszy, nic podejrzanego nie wpadło im w oczy.

Ojciec wsunął się w rozpadlinę, syn zasiadł na czatach.

Zaszeleściały gałązki, struchlałym oczom chłopca ukazał się rycerz Wrzecisław. Kopnął go nogą.

– Wstawaj szczenię zatracone… prowadź!

– Dokąd? – spytał Waluś, udając, że nie rozumie, aby zyskać na czasie i opamiętać się.

– Tam gdzie ów chłop z obiadem poszedł.

– Co wasza miłość chce ode mnie? Nijakiego chłopa nie widziałem.

– Prowadź! Jeszcze jedno słowo, a łeb ci mieczem rozpłatam!

– O Jezu… – westchnęło dziecko – miałby sam znaleźć drogę, wolej go poprowadzę. Matko boska, ratuj!

I z bijącym sercem puścił się w ciemny krużganek.

Rycerz Wrzecisław potykał się co chwila, uderzał głową o sterczące górą złomy i sypał tysiące przekleństw, a Walusiowi ani się śniło przestrzec go, że takie niespodzianki jeszcze się kilkanaście razy powtórzą. Wyprzedzał go i przemyśliwał, co robić… jak tatusia ocalić. Ach… i tego króla miłościwego, za którym mówili tatuś, że cały Ojców skoczy w ogień.

Jakaś dobra myśl błysnęła mu w głowie.

– Już niebawem; panie, dogonicie owego człeka, co do zbója idzie.

– Aha, teraz wiesz o nim? Czego łgałeś pierwej?

Страница 10 из 13

Вам также может понравиться

Страница 1 из 7

Назад127Далее