Загрузка...

AI-разбор доступен после входа

Суть книги, пересказ, главный конфликт, ключевые идеи, вывод, кому полезна, главные темы, персонажи и цитаты можно получить после входа в BookRa.

auto_awesomeПолучить AI-разбор

О книге

Powieść z czasów Króla Łokietka. Po śmierci siostry rodzice Walusia, w obawie, że jego również stracą, bardzo się o niego troszczą.Dwunastoletni pastuszek bardzo dużo czasu spędza na świeżym powietrzu – wykorzystuje go na samotne wędrówki po lasach i skałach. Pewnego razu odkrywa dziwną grotę, a jego rodzice późnym wieczorem przyjmują tajemniczego gościa. Niedługo później Waluś spotyka rycerza, który obiecuje mu zapłatę za wytropienie zbójcy…Królewska niedola to jedna z powieści historycznych dla dzieci autorstwa Antoniny Domańskiej, tworzącej na początku I połowy XX wieku. Utwór powstał w 1916 roku. Pisarka zasłynęła jako autorka tego typu utworów prozatorskich, w których przystępną fabułę, bliską dziecięcej rzeczywistości, łączyła z faktami historycznymi.

Дата написания1970-01-01
Язык книгиpl
Возрастное ограничение0+

Читать онлайн

Страница 11 из 13

– Ano, bałem się jego, bałem się was. Chcieliście mnie zabić, to was muszę słuchać, a onemu ucieknę; może się nie dowie, że to ja was powiodłem.

– Uciekniesz… o tak… – mruczał pod nosem rycerz – poślę was obu na tamten świat.

– Tędy, panie, tędy na prawo.

Zawrócił w niewłaściwą odnogę krużganka; Wrzecisław nie uważał, że dziecko, biegnące dotąd przodem, nieznacznie zwalniało kroku.

Tu równo, bezpieczno, ino prosto przedsię – rzekł Waluś i korzystając z głębokiej ciemności, przystanął cichusieńko w rozpadlinie skały.

Wrzecisław stąpał wolniutko, macając przed sobą rękoma… chłopiec skoczył wstecz, i powrócił na główny korytarz, stamtąd na lewo, gdzie już robiło się widniej i czwałem prawie bez tchu dopadł pierwszej jaskini, zwanej Komnatą. Ojca już tam nie było!

A głośne wrzaski i klątwy rycerza, który się prędko połapał i gnał za nim, dolatywały z głębi coraz wyraźniej. Waluś ledwie żywy przebiegł z Komnaty w dalszy krużganek i chwycił ojca za połę, właśnie w chwili, gdy ręką sięgał po linę.

– O rety… tatusiu… skryjcie się do kąta! … Idzie już, idzie…

Jakkolwiek wiedział Wrzecisław, że chłop z dwojakami nie miał broni przy sobie, a przy tym nie spodziewając się napaści, był sam jeden, jak co dnia, przecież w obawie jakiejś zasadzki dobył od razu mieczyka z pochwy i tak wpadł w krużganek o szerokim oknie. Jaskrawy blask słonecznego nieba olśnił go, mrugnął powiekami, przetarł oczy…

Prócz struchlałego dziecka, nie dojrzał nikogo.

– Oszukałeś mnie, psi synu! – krzyknął wściekle. – Teraz ci koniec zrobię!

Waluś skoczył ku oknu, by odwrócić uwagę rycerza od bocznej ściany, gdzie stał ojciec skurczony za kamieniem.

– Nie, nie, nie… Nie zabijajcie panie! Wszystko wam powiem.

– Ino prawdę! Bo cię zesiekę na młóto.

– Prawdę, panie. Jeden raz tego roku byłem w tych jaskiniach, nie dziwota, żem zmylił ścieżkę… zamiast w lewo, powiodłem was na prawo. Kiedym się opatrzył, że źle, wybiegłem szukać drogi; znalazłem ją i zaraz wołałem na was z całej siły. Nie dosłyszeliście chyba?

– Gdzież się podział ów człek z dwojakami? – spokojniej przemówił rycerz. – Czy za tym otworem jest jakie zejście ku innym skałom?

– Nie wiem… może to być… – szepnął Waluś i zasłonił oczy rękoma.

Albo rycerz spuści się po linie, trafi do miłościwego pana, i napadłszy go z nienacka, zamorduje, albo rozejrzy się dokoła siebie i zobaczy tatusia. A wtedy… wtedy śmierć jemu, śmierć tatusiowi!

Wrzecisław stanął u otworu i wychylił się trochę.

– Cóż to? Niczem z wieży człek patrzy… głębia niezmierna…

Wyjrzał w lewo, w prawo, spostrzegł linę.

– Aha… takowym sposobem nawiedzają buntowniki swego żebraczego księcia!

Schował miecz w pochwę, przykląkł jednem kolanem na oknie i w sparłszy się jedną ręką o krawędź skały, drugą sięgał po linę.

W tej chwili Dąbek, cicho i szybko jak żbik, skoczył i dużym ciężkim głazem rzucił z całych sił na Czecha…

Ugodzony w plecy zachwiał się, rozkrzyżował ręce, i runął przez otwór na dół z nieludzkim wrzaskiem.

Ojciec i syn stali przez parę sekund w skamieniałem osłupieniu, wsłuchani w ciszę, wśród której doleciał ich głuchy łomot ciała uderzającego o dno przepaści.

Waluś dygotał jak w febrze. Ojciec podszedł ku niemu, wyciągnął rękę, chciał przemówić, nie mógł dobyć głosu.

Chłopiec zasłonił twarz rękoma i nagle trysnęły mu z oczu łzy.

– Rany… tatusiu… cóżeście… – jęknął szczękając zębami.

– Com uczynił? Ubiłem wściekłego psa – odparł Dąbek ponuro. – Idź do domu synku… muszę z obiadem do króla.

– Co? Tam na dół? … tam… gdzie… on?

Ojciec przesunął ręką po czole.

– Onemu już wszystko jedność… a król głodny. Idź; matce nie powiadaj słowa. Zmów trzy pacierze za… umarłych.

Słońce zachodziło czerwono, gdy z gaju brzozowego wracali żołnierze na gród do Skały. Nie doczekali się rycerza Wrzecisława; ale że często bywał w Polanie tuż pod Ojcowem, u krewniaka, a również często jeździł do Krakowa, dorozumieli się, że i dziś tak uczynił.

– Hu… jaki zachód krwawy! – zawołał jeden z łuczników.

– Diabli się żenią – roześmiał się drugi.

– Nie, czarownice jady smażą! – krzyknął trzeci.

– Pustych łbów ino fraszki się trzymają – zgromił wojaków stary wachmistrz. – Tu śmiechu nie ma: człek jakiś w śmiertelnym grzechu żywot zakończył.

—–

I znowu minął tydzień. Waluś uspokoił się po doznanych strasznych wrażeniach; zrozumiał, że tak się stać musiało, a gdyby się stało inaczej, byłby król stracił wolność, a może i życie.

Wieczór zapadał, matka wypoczywała po pracy na przyzbie przed domem; Waluś oglądał swoje skarby, różnokolorowe kamyki i muszelki rzeczne, których miał pełną kobiałeczkę. Z pola wracał ojciec.

– Niech będzie pochwalony.

– Na wieki.

– Ano dziękować panu Jezusowi, już co ludzkie ręce zdolą zrobić, wszystko gotowe. Zorane, zasiane, przywłóczone. Teraz ino prosić boskiej Opatrzności o deszcz, o pogodę, co tam kiedy potrzeba – rzekł Dąbek, ocierając czoło rękawem.

– Pewnoś głodny? – spytała żona – migiem przystroję wieczerzę.

Gdy weszła do izby, ojciec odezwał się półgłosem:

– Waluś, radbym ci uciechę sprawił, boś poczciwe dziecko.

– A co?

– Wezmę cię dziś ze sobą do króla.

Chłopak przytulił się do ojcowego ramienia i szepnął:

– Boję się…

– Czego, synku? Ówten już dawno w ziemi; pomsty szukał nie będzie, bo sam winien swej śmierci. Przecz34 dybał na życie królewskie? Nie trzeba o tym myśleć ani gadać. Jakiem ja miał noce od tego czasu, tego język nie wymówi; a inom się wyspowiadał przed onym księdzem z Płocka, co wczoraj do naszego pana przyjechał, to całą zgryzotę jak ręką odjął. Przyszło uspokojenie, przyjdzie i zapomnienie. No, synku, pójdziemy?

– Skakałbym z uradowania, gdyby nie…

– Cicho Waluś, matka idą.

Страница 11 из 13

Вам также может понравиться

Страница 1 из 7

Назад127Далее