Загрузка...

AI-разбор доступен после входа

Суть книги, пересказ, главный конфликт, ключевые идеи, вывод, кому полезна, главные темы, персонажи и цитаты можно получить после входа в BookRa.

auto_awesomeПолучить AI-разбор

О книге

Powieść z czasów Króla Łokietka. Po śmierci siostry rodzice Walusia, w obawie, że jego również stracą, bardzo się o niego troszczą.Dwunastoletni pastuszek bardzo dużo czasu spędza na świeżym powietrzu – wykorzystuje go na samotne wędrówki po lasach i skałach. Pewnego razu odkrywa dziwną grotę, a jego rodzice późnym wieczorem przyjmują tajemniczego gościa. Niedługo później Waluś spotyka rycerza, który obiecuje mu zapłatę za wytropienie zbójcy…Królewska niedola to jedna z powieści historycznych dla dzieci autorstwa Antoniny Domańskiej, tworzącej na początku I połowy XX wieku. Utwór powstał w 1916 roku. Pisarka zasłynęła jako autorka tego typu utworów prozatorskich, w których przystępną fabułę, bliską dziecięcej rzeczywistości, łączyła z faktami historycznymi.

Дата написания1970-01-01
Язык книгиpl
Возрастное ограничение0+

Читать онлайн

Страница 5 из 13

– Tedy mi nic nie kazują robić, cale nic. Ani izby zamiatać, ani na polepie palić, a skoro słonko dobrze już wysoko, to mi kożuszek zawdziewają, w postoły nogi obuwam, chleba ze serem dadzą mi matusia do garści i pędzą z domu: „Idź na łąkę.” To i łażę, gdzie oczy niosą, wszędy mnie pełno. Ani stary Mikołaj, choć pono ma sto lat beze dwóch, nie zna tak Ojcowskich skał jako ja. Gdzie jamka, gdzie nora, abo jaka większa jaskinia, wszystkiem spatrzył, znam każdą. Wszędy trafię, na każdym szczycie dziesięć razy byłem; choćbyście mi oczy zawiązali, i zawiedli do najgłębszej dziury, od razu się opamiętam, i tak się pięknie wrócę do domu, jako nie przymierzając z tej łąki.

– Ehe, to dlatego tak cię trudno we wsi napotkać?

– A nie boisz się strachów?

– Do wczorajszam się nie bał…

– Gadajże, gadaj.

– Wczoraj, jako że była niedziela, poszli ojcowie na nabożeństwo do Skały; mnie nie wzięli, bo za daleko. Zmówiłem se przed krzyżem na krakowskiej drodze trzy pacierze, pocałowałem ziemię i walę prosto ku przesmykowi, między Basztą a Psem.

– Jakim Psem znowu?

– A o! – I Waluś wskazał palcem na złom, najwyraźniej psią głowę przypominający. – Idę, idę pod górę, oglądam się w tę i ową stronę, rzucam okiem w lewo… ażem przystanął… Szczelina szeroka, a ja o niej nie wiem? Czy się w nocy skała rozpękła, czy głaz jaki, co tę skałę zasłaniał, stoczył się w dolinę? Nie może to być, żebym ja taką jamę prześlepił. Trzeba zajrzeć. Włażę ci powoluśku, bo się boję, coby mnie jaka żmija nie ujadła, alibo niedźwiadek… włażę, krzesam ognia, zaświeciłem trzaseczkę i rozglądam się po wszystkich kątach. Wcale to obszerna pieczara; i górą, i na boku przestronna, od sklepienia zwieszają się skrzepnięte sople, ano dobrze. Na środku kamień czworogranny, taki na przykład, jakby mnie do pasa; na nim drugi, płaściutki, a dosyć szeroki; nie co inszego, prawiutenieczko stół. Hoho… ktoś tu mieszkał… ale kto i kiedy? Chyba dawno. Parę brył z grubsza ociosanych leży pod ścianą; siadywali na nich ludzie, tak się zda. Przy drugiej ścianie wysoka kupa jakiejsi butwielizny, czy zeschłego błota; nic się nie da rozeznać, ino dużo tego. Może to były mchy i liście, może człek jakiś sypiał na tym? … Dobrze, com se przysposobił smolnych trzasek, bo mi pierwsze łuczywo zgasło. Idę dalej, macam ścianę, jakieś wgłębienie, na podobieństwo półki, albo skrzynki; przyświecam… Pietrek zaraz powie, że nieprawda… Młotek z kamienia urobiony cale jak należy, wedle młotka siekiera.

– Co, kamienna?

– A jakże; i żebyś wiedział, że ostra. Dalej kościany patyczek zastrugany kolczato, a po drugiej stronie spłaszczony, i wywiercona w nim dziurka. Igła, czy co takiego? Myślę se i dziwuję się strasznie. Jeszcze ci ta było kilka wyostrzonych kostek; może groty do strzał, albo insze narzędzia. Idę dalej i upatruję pilno, zali nie najdę czego jeszcze. Masz! Znowu półka, a co na niej? Grzebień z kości wyrobiony, ale mogę powiedzieć, cale niezdarnie. Jakieś dziecko może ku zabawce taki zrobiło. Ja bym zdolił dziesięć razy lepiej. Krzywe toto było, chropate, do niczego. A przy grzebieniu kamyczków modrych i czerwonych garść, wszystkie podziurawione przez środek. Jakby nitką przewlókł, toby można zawiązać dziewusze na szyi, niby paciorki. Ani wątpienia dziecko się tam bawiło25. Jeszcze w jednym kącie nie byłem, idę ostrożnie, bo łuczywo nikło się świeci, aż tu nagle jak nie gruchnie, jak nie huknie… ze wszystkich gór echo poleciało.

– Aha, aha, w południe to było? Słyszałem i ja – rzekł Jasiek – ino myślałem, że grzmi.

– Przeląkłem się tak – ciągnął Walek dalej – aż mi serce stanęło; ścierpłem tak, jakby mnie lodem obłożył. Nie mogłem się ruszyć, bałem się oddychnąć. Czekam, czekam… zali gdzie spod ziemi jaki olbrzym nie wylezie, albo z góry smok nie wyskoczy, nic… cicho. Za jakiś czas, może długi, może krótki, ośmieliłem się kapkę, ruszam głową, nasłuchuję, patrzę, nic strasznego nie ma. Tedy myślę sobie: „Uciekaj, pókiś cały, bo jak łupnie drugi raz, to nie będzie żartów”. Chcę wyjść na świat, a tu otwór przeokrutne kamienie zawaliły.

– Aha! To z tego tak łomot był?

– Juści z tego. Spokojnie ci się gada, ale jak mnie było, miarkuj sobie. Macam, szukam, zrazu ani tej szczeliny znaleźć nie mogę… Aż mi włosy dębem stanęły. Wreszciem jej się domacał, a co mi z tego? Szturcham, wypycham, pięściami walę one kamieniska, rety… żaden ani drgnie. Co to będzie, jeżeli nie najdę ratunku! Tak mi się widziało, żem cały tydzień w tej ciemności trwał, a może nie było ani godziny. O Jezus… Jezus… jak mi też to straszno było! I tu próbuję, i tego się chytam, – wreszcie wylazłem po tych uśtyrmanych głazach aż do samej góry. Szczęście, że u wierzchu mniejsze ino kamyki otwór zasłaniały; pchnąłem jeden, drugi, dziesiąty, wyścibiłem głowę na Boży świat, wysunąłem jedną rękę, macam, czepiam się, gramolę się, no i wylazłem. Ale mię cosi w plecy buchło, jakby żelazną pięścią, spadłem z tego wierzchu na ziemię. Anioł Stróż ręce podstawił, bom się mało co potłukł. Oho ho, żeby mi ta nowy pasik guziczkami nabijany kto obiecował, już tam drugi raz nie zajrzę. Co zaklęte, to zaklęte; zwyczajnym ludziom nic do tego. Już mnie ta na wieki amen nauczyło.

– Oj Waluś, Waluś, wiesz ty, coć rzekę?

– A wiem. Dogryzał mi będzie po swojemu.

– Słuchaj, wszystko ci składnie wytłomaczę. Chodziłeś po słońcu w kożuchu, a przygrzewa setnie. Od krakowskiego krzyża do tych twoich baszt kawał niemały. Mocniejszy by miał dosyć, a nie dopiero taki chruściel jak ty. Wlazłeś do jamy, zasnąłeś, i wszystkie te dziury śniły ci się pewnikiem. Dopiero gruchot kamieni cię zbudził.

– Matko Boska święta… a cóż się to dzieje! – zawołał Walek niemal z płaczem – wiecznie mi się ino ma śnić wszystko? Wczoraj tatuś i matusia swarzyli, że mi się Bóg wie co zwiduje, dziś Pietrek wpiera we mnie jakieś sny; już nikomu nic nie opowiem, choćby same gwiazdy z nieba do mnie gadały. Bywajcie zdrowi; pójdę sobie między skały, tam moje królowanie.

Pietrek z Wickiem zostali przy krowach, Wojtek i Jasiek pobiegli za Walkiem.

– Widzisz, jakiś ty – rzekł Jasiek, przytrzymując go za rękę – myśmy ci marnego słowa nie rzekli; opowiadałeś pięknie, tośmy cię słuchali i przed Pietrkiem bronili; czegożeś zły na nas?

– A o cóż to matusi poszło? – spytał Wojtek rozciekawiony.

– Poszło, to poszło. Nic nie powiem.

– Widzisz, a ja ci chciałem przedziwny kamień podarować. Mam go w chałupie.

– Kamień? – Waluś przystanął, spojrzał na Wojtka i przygryzł wargi.

– A juści, pewnoś takiego jak życie nie widział.

– No?

– Biały, niczym śnieg, i tak sam właśnie migotliwy, kieby śnieg, co świeżo spadnie, a mróz go zetnie. Cały jakby urobiony w jakiesi słupki czubate a złotych kapek na nim, jakby kto kropidłem bryznął.

– Złotych kapek? …. kropidłem? … Prawdę gadasz?

– Tak prawdę, jak tu przed tobą stoję. No, mójeś ty26, opowiedz!

– A nikomu nie powtórzycie?

– Niech Pan Bóg broni! Ani człowiekowi, ani zwierzowi, ani niebu, ani ziemi, ani wodzie, ani ogniowi! – zawołali jednym głosem Wojtek i Jasiek, podnosząc ręce w górę.

Страница 5 из 13

Вам также может понравиться

Страница 1 из 7

Назад127Далее