Загрузка...

AI-разбор доступен после входа

Суть книги, пересказ, главный конфликт, ключевые идеи, вывод, кому полезна, главные темы, персонажи и цитаты можно получить после входа в BookRa.

auto_awesomeПолучить AI-разбор

О книге

Powieść z czasów Króla Łokietka. Po śmierci siostry rodzice Walusia, w obawie, że jego również stracą, bardzo się o niego troszczą.Dwunastoletni pastuszek bardzo dużo czasu spędza na świeżym powietrzu – wykorzystuje go na samotne wędrówki po lasach i skałach. Pewnego razu odkrywa dziwną grotę, a jego rodzice późnym wieczorem przyjmują tajemniczego gościa. Niedługo później Waluś spotyka rycerza, który obiecuje mu zapłatę za wytropienie zbójcy…Królewska niedola to jedna z powieści historycznych dla dzieci autorstwa Antoniny Domańskiej, tworzącej na początku I połowy XX wieku. Utwór powstał w 1916 roku. Pisarka zasłynęła jako autorka tego typu utworów prozatorskich, w których przystępną fabułę, bliską dziecięcej rzeczywistości, łączyła z faktami historycznymi.

Дата написания1970-01-01
Язык книгиpl
Возрастное ограничение0+

Читать онлайн

Страница 7 из 13

– Takiś mały, a gadasz jak stary. Skądże wiesz to wszystko? Tatuś tak powiedzieli? Hm hm… – odchrząknął nieznajomy. – A jak ci na imię parobeczku?

– Walek.

– A na przezwisko?

– Niby po tatusiu?

– Tak jest; jak was we wsi zowią?

– Dąbki się nazywamy. Czterech braci tatusiowych gospodarzami jest w Ojcowie.

– Aha. Więc ciężkie panowanie czeskiego króla powiadasz?

– A juści. Mieliśmy cztery krowy i owiec dziesięć, gęsi, kur, niemało. Wszystkośmy za Pana Jezusową łaską przed Tatarami ukryli. Z całej wsi dobytek schowali gospodarze po jaskiniach. Ale przed czeskimi wilkami to ani pod ziemią się nie skryjesz. Toli w przeszłym tygodniu zabrali każdemu gospodarzowi po jednej krowie. Na jakieś tam podatki. Ino temu nie wzięli, kto nie miał. To ci dopiera prawe zbóje! Może wy o tych łotrach gadacie, panie?

– Mądrze mówisz, parobeczku, jakbyś z księgi czytał. Nie na wasze domy, ani na wasze krowy łakomią się zbójcy, ino na przejezdnych kupców bogatych, na polskie i czeskie pany, co tędy krakowskim gościńcem gęsto jeżdżą. Spomiędzy skał wypadają opryszkowie i odzierają ich z mienia, zabierają tłomoki, skrzynie, jeszcze Bogu trzeba dziękować, jeśli z życiem puszczą. Mnie tu właśnie sąd ławniczy przysłał na ukrócenie tych rabunków. Taki zwinny, roztropny chłopak jak ty, mógłby mieć piękny zarobek, gdyby choć jednego wypatrzył… i mnie o tym powiadomił. Jakbyś mi na ten przykład o czym takim doniósł, dałbym ci duży biały pieniądz.

– A mnie co po białym pieniądzu?

– Rodzicielowi oddasz. Przy gospodarstwie zawsze czegoś brak, dobrze mieć grosz na potrzeby.

– Ot, gadacie panie, jak ten wiatr wieje. Ktoś wam bajek naplótł gwoli postrachu, a wy wierzycie.

– Nie bajki, nie; ja nawet wiem, jak herszt onych złoczyńców wygląda. Srogi to zbrodzień; ani dziecku, ani niewieście nie pofolguje, nóż jego ze krwi nie obsycha.

– O rety… skoro go znacie, łacno wam go pojmać?

– Trzy dni temu na własne oczy go widziałem i umknął mi… właśnie w te strony. Przysiągłbym, że tutaj gdzieś blisko się kryje. Gdybyś go wytropił, wszak powiadasz, że ci każda jama znana? Gdybyś go wytropił, a dał znać na gród do Skały, tobyś za to dostał nie srebrny pieniądz, ale śliczny, złociuśki.

– Nie dla nagrody panie, ino gwoli ustrzeżenia ludzisków od takowego mordercy, przyrzekam wam, że go szukać będę; i jeśli tylko siedzi gdzie w tych skałach, najdę go, ani chybi.

– Ino musisz tajemnie się sprawiać; nikomu nie wspominaj ani o mnie, ani o tym, com ci wyjawił. Źli ludzie wszędy się trafiają; może on we wsi ma wspólników… niechby się który dowiedział, że go szukają, zaraz by go powiadomił.

– I to może być. Aha, obiecuję, a sam nie wiem co. Po czymże poznam tego człowieka?

– Bardzo łacno; nie co dzień się takiego widuje: twarz ma jak na zbrodniarza cale przyjemną; włosy krucze, równo z brwiami przystrzyżone, wąsy bujne, szczupły a mały wzrostem, niczym dziecko.

– Jezus Maryja! – wrzasnął Walek nieludzkim głosem.

– Co! Może go znasz? Możeś go już widział? – chwytając chłopca za obie ręce, skwapliwie pytał podróżny.

Dziecko blade było jak chusta i drżało na całym ciele.

– Gadaj! Znasz tego człowieka? – ostro krzyknął obcy.

– Nnnie… ni… nigdym go nie wi… widział…

– Ino co? Nie kłam! Ty coś wiesz o nim!

– O rety… nie wiem nic… ino… ino się boję… boję się, coby mnie nie zarznął!

– Głupiś. Choćbyś nawet z nimi rozmawiał, ani mu do głowy nie przyjdzie, żeś mu wróg. Właśnie do takiej roboty dziecku najskładniej. Szukaj śmiele, upatruj, a złoty grosik twój. Pytaj na grodzie o rycerza Wrzecisława ze Żlebu. A cobyś wiedział, że moje słowo święte, masz tu srebrniaka na zadatek. Dotrzymasz obietnicy, nie pożałujesz.

Nieznajomy zawrócił się i schodził na dół stromą ścieżką powoli, ostrożnie, patrząc pod nogi. Szkoda, że się nie mógł obejrzeć, byłby zobaczył coś bardzo dziwnego: Waluś rozkrzyżował ręce, padł twarzą do ziemi i wybuchnął tak gwałtownym płaczem, aż nim coś rzucało i szarpało. Płakał, płakał, wreszcie zesłabł, ucichł i leżał, jakby omdlały.

Minęła godzina, chłopiec dźwignął się leniwie, spojrzał przed się, jak ktoś, co ze snu zbudzony – nie rozumie na razie, gdzie się znajduje. Przetarł zapuchnięte oczy i usiadł na powrót na skale.

– Skłamali matusia… O rany Boskie krwawiące… skłamali tatuś! Ze zbójami tatuś trzymają! – Nie, nie… obłąkaniec ja… głupi…; ady oboje powiedzieli, żem słaby. To chorość takie breweryje wyprawia we mnie. Ten człowiek, co tu był, i każde jego słowo, to ino takie zwidy…. pokusa… nagabywanie dyjabelskie. Gadali przecie matusia, że zimnica zawdy się tak poczyna. Spałem ciężko… a jakże… spałem; nie ma się czego trapić. Lepiej do domu pójdę. Oj będą też swarzyć….. pewno już obiadowali beze mnie.

Wstał, podniósł z ziemi czapkę, coś z niej wypadło i potoczyło się po kamieniach.

Waluś chwycił się z krzykiem za głowę.

– Jezus przenajświętszy! … Nie obłąkanym ja… nie śniło mi się… Biały pieniądz! … O rety… nie mogę szukać zbója!

Страница 7 из 13

Вам также может понравиться

Страница 1 из 7

Назад127Далее