Загрузка...

AI-разбор доступен после входа

Суть книги, пересказ, главный конфликт, ключевые идеи, вывод, кому полезна, главные темы, персонажи и цитаты можно получить после входа в BookRa.

auto_awesomeПолучить AI-разбор

О книге

Wawrzuś Tryncza dla kariery gotów jest na wszystko: zmianę nazwiska, poglądów politycznych, wreszcie wiary. W pogoni za pozycją społeczną i majątkiem nie znajduje jednak szczęścia.Ten krótki moralitet Świętochowskiego koncentruje się na problemie wspólnoty. Tryncza ze strachu i oportunizmu niszczy więzi łączące go z Polską, jednak przez Niemców – pomimo swoich wysiłków – widziany jest jako obcy. W efekcie jego życie staje się pasmem cierpień psychicznych wywołanych poczuciem ciągłego zagrożenia. Aleksander Świętochowski był wpływowym przedstawicielem inteligencji warszawskiej końca XIX wieku. Jego esej Praca u podstaw był jednym z fundamentów, na którym kształtował się pozytywistyczny system wartości.

Дата написания1970-01-01
Язык книгиpl
Возрастное ограничение0+

Читать онлайн

Страница 2 из 5

– W każdym razie – rzekł Kinkel – zrobisz pan wielką przyjemność mnie, żonie mojej i córce, gdy zechcesz nas kiedykolwiek odwiedzić.

Znowu Trinkbier poczuł niespokojne drżenie serca. Miał poznać córkę, może jedną z tych, którą podczas spacerów wybrał? Co począć wobec 40 talarów pensyi? Pójść, czy nie pójść? Zadumanego od trzech dni nad tą zagadką, wezwano do naczelnika.

– Władza, oceniając pańskie zasługi podczas wyborów – rzekł zwierzchnik – podwyższyła panu pensyę o 10 talarów miesięcznie.

Zdawało się Trinkbierowi, że ziemia pod jego stopami stężała w granit, ażeby mu dać mocne oparcie. Tegoż samego dnia, wystrojony i wonny kilkoma rodzajami pachnideł, poszedł z wizytą do Kinklów, a za trzy miesiące poprowadził do ołtarza ich tłustą córkę, która wprawdzie nie należała do jego wybranych na ulicy, ale odpowiadała jego wymaganiom małżeńskim.

Jakkolwiek Trinkbier, otrzymawszy wyższą pensyę, nie potrzebował pragnąć bezdzietności, jednakże wkrótce przekonał się, że oszczędność nieba w błogosławieniu go byłaby bardzo pożądaną.

W ciągu czterech lat dało mu ono czterech synów i chorobę żony. Panna Kinkel, która posiadała objętość znaczną i wygląd, usuwający zupełnie powody obawy o jej wytrzymałość, jako pani Trinkbier zawiodła poniekąd nadzieje męża; zaczęła chudnąć, marnieć i trzeciego dziecka sama już wykarmić nie mogła. Przybyła więc mamka, wcale nieprzewidywana w buddżecie domowym, a co gorsza, przybył nowy syn, poderwawszy jeszcze mocniej zdrowie matki. Karmiono go już mlekiem krowiem i w głębi serca życzono sobie, ażeby szybko opuścił macoszą ziemię, która po urodzeniu odmówiła mu piersi ludzkiej i radości rodziców, a potem odmówiłaby może chleba.

Po krótkim spokoju Trinkbier znowu bał się. Wobec zwierzchności czuł się dość umocowanym na urzędzie, ale od lat kilku, prócz pokory i pracy, które uważał za swój obowiązek, do dawnych dobrych kresek nie dodał żadnej świeżej zasługą wyjątkową. O posunięciu się więc ku górze zwątpił, gdyż gazety zaczęły wykazywać konieczność wydalania „obcych żywiołów” z urzędów, a towarzysz biurowy spytał go znacząco:

– Właściwie pan jesteś polakiem?

– Trinkbier – polak?

– Kiedy pan – odparł kolega – dawniej nazywałeś się Tryncza i dopiero od wojny…

– Przechrzcił mnie pułkownik Kischke – wykrztusił Trinkbier, któremu omdlały głos w gardle uwiązł.

Po chwili dodał, zdobywając się na lepszą minę:

– Zapewne pan i o tem wiesz, że za dowcipne wybadanie chłopa francuskiego dostałem krzyż, że przyczyniłem się do zwycięstwa narodowo-liberała w Poznaniu, że…

– Wiem – zakończył niemiec – i na urodziny powinszuję panu.

Rozmowa ta odbijająca w sobie prąd, przebiegający gazety i niewątpliwie tryskający ze sfer wyższych, zaklinowała Trinkbiera.

Po długich dumaniach doszedł on do wniosku, że swoją niemieckość musi ponownie czemś zaznaczyć – wymaga tego zarówno teraźniejsze bezpieczeństwo, jak i przyszły awans. Ale po jakie wawrzyny polityczne sięgnąć może skromny urzędnik magistratu? Będzie wypierał się swego pochodzenia, spotwarzał swoich rodaków, śpiewał Wacht am Rhein, wyznawał narodowo–liberalizm? Wszystko to Trinkbier robił, a przecież widocznie nie starł z siebie narodowego piętna, skoro mu je z szyderstwem wskazywano.

Przez pół roku chodził codziennie po tych samych wałach miejskich, na których kiedyś przebierał kobiety, mogące go uszczęśliwić – i rozmyślał nad sposobami załatania na drugiej skórze narodowej wszelkich dziurek. Nareszcie pewnego wieczoru stanął, jak gdyby olśniony nagłym i wielkim wynalazkiem. Twarz rozpogodziła mu się, na usta wybiegł uśmiech, z oczu strzeliło wesele. Była to wszakże przemiana krótka, bo natychmiast radość rozpłynęła się w pognębieniu, które ją zmyło i zamroczyło cieniem wewnętrznej walki. Jak zwykle w trudnych wypadkach poszedł do żony i otworzył przed nią swoje serce. Zastał ją smutną i jeszcze mizerniejszą niż zwykle.

– Wiesz co – rzekł – jestem przekonany, że Pan Bóg ma do mnie jakiś żal.

– E, wątpię – odezwała się kobieta z gorzkim uśmiechem – ja sądzę, że ma do ciebie szczególną słabość.

– Gdzie tam, moja droga, ty ciągle chorujesz, niedostatek do domu zagląda…

– Ale zato przybędzie piąte dziecko.

– Co! – krzyknął Trinkbier, chwytając się za głowę – Nie żartujesz?

– Nie, Lorenz, nie.

Oniemiał, bo była to nowina niespodziewana, chociaż całkiem naturalna. Długo chodził po pokoju, ciężko wzdychając i szarpiąc podbródek, nareszcie stanął przed żoną.

– Tak – szepnął – Pan Bóg gniewa się na mnie i wskazuje mi drogę poprawy.

– Jaką? – spytała obojętnie kobieta.

– Nie może on błogosławić rodziny, w której mąż modli się inaczej, a żona inaczej.

– O, nie żądaj ode mnie tej ofiary – zawołała boleśnie – nie zmienię mojej religii.

– Ale ja zmienię moją – rzekł z wysiloną stanowczością.

Podała mu rękę i uścisnęła go.

– Dziękuję ci; to będzie lepiej, daleko lepiej.

Zaczął ją całować i pieścić tak zawzięcie, że zaledwie rzewną prośbą powstrzymała te czułości w uwzględniających jej stan granicach.

– Zobaczysz – mówił – będziesz zdrowa, rumiana, tłusta jak dawniej. Dzieci mamy dosyć. Bóg widzi, że więcej nam nie potrzeba. Przy jego pomocy dostanę lepszą posadę. Wtedy pojedziemy w góry szląskie, jak cię kocham, pojedziemy. To już postanowione.

Mimo to noc spędził niedobrze. Snu złapać nie mógł, rzucał się na łóżku, wzdychał, szeptał do siebie i dopiero nad ranem zasnął. Upłynęło dni kilka, a on nie zrobił ani jednego kroku w swem przedsięwzięciu. Bał się…

Tymczasem, idąc do biura, spotkał ojca żony, który go powitał kwaśno.

– Piękna historya – rzekł teść. – Słyszę, że Ludwika znowu ma zostać matką. Tobie się zdaje, że dzieci – to bułki? Tfu, do dyabła!

– Trudno – bąknął nieśmiało zięć – co robić.

– Co? – wrzasnął stary. – Pisać urzędowe papiery, pisać, pisać w dzień i w nocy, to się rozerwiesz. A kiedy już wszystko napiszesz, zacznij przepisywać.

– Ba! – odparł zięć.

– Ba! – powtórzył teść.

Zamilkli oba.

– Mam kłopot – odezwał się Trinkbier, spuszczając oczy.

– Jeszcze jeden – wtrącił wzgardliwie Kinkel. – Może ci się coś urodziło na boku.

– Postanowiłem zmienić wiarę i przyjąć ewangielicką.

– A to dlaczego?

– Naprzód, ciągnie mnie ku niej przekonanie, a po wtóre trudności służbowe. Katolik musi być zawsze na wylocie, albo wrastać w jedno miejsce.

– Należało to uczynić dawniej, bo ciągle czuć cię polakiem; jeżeli zaś zdecydowałeś się dopiero teraz, nie skacz przez płot do innego ogrodu po cichu, według swego zwyczaju, lecz jawnie i głośno, ażeby widziano i słyszano jak najszerzej i jak najwyżej. Wtedy się opłaci!

– Brak mi odwagi.

– Na rozumny krok jej nie masz, a tam, gdzieby wstrzemiężliwość przystała, masz za wiele. Idź dziś do pastora, a ja tę sprawę rozetrę. Tylko słuchaj, umiarkuj się, bo żadna religia nie wyżywi tylu dzieci, ile ty ich na świat sprowadzisz.

Страница 2 из 5

Вам также может понравиться

Страница 1 из 195

Назад12195Далее