Загрузка...

AI-разбор доступен после входа

Суть книги, пересказ, главный конфликт, ключевые идеи, вывод, кому полезна, главные темы, персонажи и цитаты можно получить после входа в BookRa.

auto_awesomeПолучить AI-разбор

О книге

Oniryczna rozmowa z drzewem, które dzieli się swoim życiowym doświadczeniem ze zgorzkniałym pisarzem. Życie ptaków i owadów kontrastuje z pracą ludzką w pobliskiej fabryce.Ta abstrakcyjna, poetycka rozmowa ze starym klonem prowadzona jest w stanie głębokiej medytacji, więc trudno nawet udawać, że chodzi o coś innego niż dialog wewnętrzny. Stawką dialogu jest odpowiedź na pytanie „jak żyć”, ale jak wiemy, na to pytanie nie ma jednej dobrej odpowiedzi. Eliza Orzeszkowa jest jedną z najważniejszych pisarek polskich epoki pozytywizmu. Jej utwory cechuje ogromne wyczucie problemów społecznych – w mowie pogrzebowej Józef Kotarbiński nazwał ją wręcz „czującym sercem epoki”.

Дата написания1970-01-01
Язык книгиpl
Возрастное ограничение0+

Читать онлайн

Страница 4 из 4

– Mąż silny, a jednak zapłakał, i sam widziałem, jak łzy jego, padając na gruzy, przemieniały się w krople krwi. Był to płacz krwawy, ale trwał niedługo. Nad gruzami rozległy się stuki topora i hurkoty znoszonych, toczonych kamieni; mąż silny począł odbudowywać dom. Ciężka robota, wiatry przeciwne wieją i co zrobione, już obalają; największe siły granice swe mają: biedak niekiedy ze zniechęceniem opuszcza omdlałe ręce. Gdy raz je tak opuścił, na belce tuż mu nad głową zjawia się szatanik, wcale nawet ładny. Czarny, jak noc i aksamit, na głowie miał rożki złote, w ustach sinawy promyk taki, jakie to czasem nad cmentarzami wzlatują, a u nóg i rąk kopytka i pazurki nie rogowe wcale, lecz brylantowe. Przytem, bynajmniej nie smołą ani siarką pachniał, ale rozlewał dokoła woń najdoskonalszych perfum. Jak zwinna małpka, która wyprawia koziołki, zawiesił się na spróchniałej belce i zmordowanemu biedakowi nad samą głową prawi:

„Porzuć tę głupią robotę! Bo i do czego ona prowadzi? Dom ojczysty czy nie ojczysty, wszystko jedno; każdy dobry, w którym wygodnie i miło. Co za ochota tracić drogie życie na dźwiganie kamieni, które za nic jeden na drugim ustać nie chcą, i walenie młotem w gwoździe, które nigdy nic spoić nie mogą! Gdybyś jeszcze nie miał gdzie mieszkać! Ale owszem, wiesz dobrze o tem, że zawsze gotów jestem udzielić ci schronienia takiego, że twoja rudera aniby się z niem porównać mogła, wtedy nawet, gdy była jeszcze „pałacem sterczącym dumnie”. Ideologiem jesteś, a ja nad tym gatunkiem ludzi szczególną litość czuję, bo głupiutki. Wszelkie inne, naprzykład: samoluby, tyrani, rozkosznicy, ladacznicy, oho, mądrzy! Zanim ja z nich sobie bulion gotować zacznę, nakąpią się do syta w różanych olejkach i małmazyi. Tacy zaś, jak ty, mają dar rozśmieszać mnie serdecznie, a kropla wesołości, w czas spadła, może nawet szatana pobudzić czasem do dobrego czynu. Słuchaj mnie więc, pókim dobry: rzuć tę ruderę, niech sobie do reszty rozwala się i dogniwa, ja zaś w zamian daruję ci ten pałac… widzisz go, tam? A co? piękny! wysoki! „Sterczący dumnie”! prawda? A jaki mocny! Siedm wichrów, siedmdziesiąt piorunów, siedmset siedmdziesiąt siedm milionów wystrzałów armatnich uderzyć weń mogą, a on ani drgnie! Cóż, głuptasku, chcesz tam zamieszkać? To chodź ze mną. Zaprowadzę, wprowadzę, zarekomenduję, ulokuję, a później wrócę tu i jak świsnę po tej twojej ruderze, to z ziemią ją zmieszam i śladu po niej nie zostanie. No, chodź!

Wszystko to mówiąc, szatanik zabawny takie łamane sztuki po belce wyprawiał, że aż mu złote rożki iskrami pryskały; czerwonemi oczyma jak rubinami błyskał, a pazurkiem brylantowym wciąż na „sterczący pałac” wskazując, smugi tęczowych blasków w powietrzu zapalał. Biedak z raną w sercu, z toporem w opuszczonej ręce, a na twarzy ze śliną wzgardy, którą go mieszkańcy sąsiednich domów opluli, stoi, słucha, myśli:

– „Może to i prawda! Jaki śliczny ten brylantowy pazurek szatanka! Moimi brylantami są krople potu i łzy, które, wstydząc się świata, padają w serce. Może i głupi jestem? Może niczego nie dokonam? Może werwena, którą pachnie ten szatanik, tak zmysły moje upoi, że o tych gruzach swoich zapomnę?”

Gdy on tak duma, ja, stary klon, stoję sobie na uboczu, słucham, czekam i tylko gałęźmi po swojemu szumię, w taki sposób, aby ten, którego kolebka niegdyś w cieniu moim stała, spojrzeć na mnie musiał. Jakoż po chwili, oderwawszy wzrok od brylantowego pazurka i złotych rożków szatanika, spojrzał, a w tej samej chwili serce w nim zaczęło – rzecz nie do uwierzenia! – nietylko śpiewać, ale i malować. Prędzej, niżeli pomyśleć podobna, wyśpiewało ono cały cykl pieśni i wymalowało galeryę obrazów, w której ja, naturalnie, byłem jedną tylko literą i jedną kroplą farby; lecz w sprawach sercowych to zawsze tak: zacząć tylko, a z kropli powstanie morze, z litery poemat. Dość, że z namysłu mego biedaka wypadło grzmiące: Vade retro!

I jak matka nad mdlejącem dzieckiem, z rozpostartemi ramiony pochylił się on nad swymi kochanymi gruzami.

Czy dźwignął z ruiny dom swój ojczysty? Podobno jeszcze nie. Czy kiedykolwiek dokona tego? Skądże ja, śmiertelne drzewo, wiedzieć o tem mogę? Ale pewnem już jest, że szatanowi na bulion nie pójdzie i że z jego winy szatan mu po ojczystym domu nie świśnie tak, aby go z ziemią zmieszać. A i to już coś znaczy, nieprawdaż?

– Tyle co czystość sumienia – odpowiedziałem.

Zamyśliliśmy się długo i milczeliśmy obaj.

W pokoju ciemność już zupełna oddychała nieustannym, miarowym tętnieniem zegara: tik tak! tik tak! – ale nie wiem, czemu nie chciało mi się już oddychać razem z ciemnością. I pustelnik indyjski, który długo powtarzał był we mnie: „Om, om, om!” – wypadł mi z mózgu. Sam nie wiedząc, jak i kiedy, powstałem z wygodnego fotelu.

– Dokądże to? – tuż za szybą zafruwały liście.

– Lampę zapalę… – odpowiedziałem.

– Po co? – zapytał cały klon.

– Domyśl się, kochane drzewo…

Страница 4 из 4

Назад134Далее

Вам также может понравиться

Страница 1 из 195

Назад12195Далее