Загрузка...

AI-разбор доступен после входа

Суть книги, пересказ, главный конфликт, ключевые идеи, вывод, кому полезна, главные темы, персонажи и цитаты можно получить после входа в BookRa.

auto_awesomeПолучить AI-разбор

О книге

Młody mężczyzna oraz początkująca literatka, uważająca się za wielką gwiazdę, wyjeżdżają w góry. Tam spotykają Hankę, dziewczynę, z której wielu miejscowych szydzi, bo od najmłodszych lat na każdym kroku próbuje zarobić pieniądze.Hanka oferuje swoją pomoc w najróżniejszych pracach i nie czeka na okazję zarobku – sama jej szuka. Latawica, bo tak dziewczynę nazywają, staje się obiektem zainteresowania młodej literatki.Michał Bałucki to jeden z najsłynniejszych polskich autorów okresu pozytywizmu. Bałucki znany jest przede wszystkim jako powieściopisarz i komediopisarz, był również publicystą. W twórczości prozatorskiej odwoływał się do tradycji powstańczych, a także propagował idee pozytywizmu, jako autor dramatów nawiązywał do Aleksandra Fredry. Do jego najsłynniejszych utworów należą Dom otwarty i Grube ryby.

Дата написания1970-01-01
Язык книгиpl
Возрастное ограничение0+

Читать онлайн

Страница 2 из 8

– Jak się zdarzy – odpowiedziała krótko, jakby sobie nie życzyła mówić o tem dłużej.

Ta lakoniczność, za którą widziałem jakąś tajemnicę, zaostrzyła moją ciekawość. Chciałem jej znowu rzucić pytanie, gdy wtem dała znak woźnicy, aby stanął.

– To dom Wali. A to jego baba – rzekła, wskazując na młodą jeszcze dosyć góralkę, która przed chatą na murawie szyła.

– No, prowadzę wam tu gościa – rzekła moja przewodniczka, wchodząc w zagrodę. Za to mi nie pożałujecie z parę dytków – prawda?

Gaździna8 spojrzała wzgardliwie przez ramię na mówiącą i nie przerywając sobie roboty, odrzekła:

– Ja ta nie pytam9 twoich gości: u mnie obie izby zamówione.

Dziewczyna się odwróciła ku mnie i zbliżając się do wozu, spytała:

– No, handyż10 was wieść teraz?

Nie wiedziałem co odpowiedzieć. Niebo już pociemniało; pod drzewami i chałupami już gęsty mrok się rozsiadał, nie chciało mi się włóczyć i tłuc po nocy po wsi, nie mając pewności, czy znajdę jaką wolną izbę.

Moja przewodniczka zaproponowała mi, abym u nich przenocował, to jutro łatwiej sobie poszukam jakiej uczciwej izby. Namyślałem się. Po tem co słyszałem przed karczmą na pochwałę Chranczówek, niebardzo ponętnemi mi się wydawały, szczególniej przy nadchodzącej nocy. Góralka musiała to zmiarkować, bo rzekła:

– I czegóż się boicie? Ludziska wam nabajali, a wy wierzycie, jak w ewangelję. A ja wam gadam, że wam tam będzie lepiej, jak wszędzie. Zobaczycie. Będziemy was mieli w wielkiej obserwacji, a taniej wam wypadnie, jak we wsi.

Widząc, że się waham, dodała z pewnem oburzeniem:

– E! wstydźcie się, boicie się jak stara baba. Ano na Chranczówkach mieszka jakaś imość z dziećmi, a nie boi się, choć nie ma takiego piszczeletu.

Tu wskazała drwiąco na mój rewolwer, co mi wyglądał z za pasa. Uderzyła w słabą strunę – i choć nie grzeszyłem zbytkiem odwagi, nie chciałem znowu tak publicznie przyznać się do tego i w oczach dziewczyny uchodzić za tchórza najlichszego gatunku. Więc poprawiłem się na siedzeniu i rzekłem niby całkiem spokojnie:

– Ha, to jedźmy na te Chranczówki. Siadaj!

– Jedźcie, jedźcie. Ja polecę przodem, pokażę drogę koniowi.

Ruszyliśmy tedy. Droga była nierówna, koła co chwila uderzały o kamienie, wózek trząsł niemiłosiernie i podskakiwał, że trzeba było trzymać się drabinek obiema rękami, żeby nie wylecieć. Woźnica biegł koło konia, świstał biczem i pogwizdywał, a góralka wyprzedziła wózek, pędząc naprzód; czasami ginęła z oczów wśród zmroku, to znowu zatrzymywała się i podpierała wózek w przykrzejszych miejscach.

Pomimo, że starałem się uchodzić za odważnego, choćby dlatego, żeby nie kompromitować mego rewolweru, jednak muszę się przyznać, że niebardzo dużo tej odwagi zostało we mnie, skoro minęliśmy wieś i znalazłem się w szczerem polu. Nigdzie koło drogi nie było mieszkań ludzkich, okolica była pusta i niemiła; wśród ciemnych pól bieliły się kamienne łożyska potoków, po których woda spadała z dzikim szumem. Przed nami czernił się las, który wnet nastrojona opowiadaniem górali wyobraźnia różnemi niebezpieczeństwami napełniła. Nawet wózek księżyca, co po granatowem niebie przesuwał się jak łódka koło skał Giewontu, wydawał mi się, jakby się skradał zdradliwie za mną i był w zmowie ze złymi ludźmi z Chranczówki. I ja, co bywało nieraz, przesyłałem mu z zaufaniem moje miłosne cierpienia, w tej chwili taiłem się przed nim z brakiem odwagi, w obawie, by mnie nie wydał przed tymi, którzy z tegoby skorzystać chcieli.

Ale jakoś szczęśliwie minęliśmy ów niebezpieczny las; minęliśmy jakąś małą karczemkę, w której już ciemno było i wyjechaliśmy na otwartsze miejsce. Na tle nieba dojrzałem ciemną postać góralki, stojącą na kupie kamieni.

– O! patrzcie, tam mieszkamy. Prosto byłoby najbliżej, ale woda za duża, toby się wózek może przefyrtnął. Trzeba będzie jechać na młyn.

– Jakto, gdzie mieszkacie? Ja tu żadnych mieszkań nie widzę – odezwałem się, usiłując napróżno coś dostrzec w ciemnej przestrzeni przed sobą.

– Tam – rzekła – o! tam na dole. Nie widzicie światła?

Spojrzałem na dół i dopiero teraz zobaczyłem tuż prawie pod nogami ale głęboko w dole parę światełek.

– To chyba w kopalni jakiej mieszkacie?

Wybuchnęła głośnym śmiechem:

– Tak wam się widzi po nocy. Zobaczycie jutro. Tu ładniejszy kraj, jak tam koło kościoła. I strach was ominie, jak się za dnia rozpatrzycie u nas.

I znowu się zaśmiała. Mnie jednak wcale na śmiech się nie zbierało i zły byłem na siebie, że mimo perswazyj górali dałem się wywieźć w te wertepy odludne. Ale wracać było niepodobieństwem i w milczeniu poddałem się konieczności.

Głośny szum wody objaśnił mnie, że się zbliżamy do mostu. Niezadługo, wózek zjechał gdzieś w dół, koła zadudniły po moście.

W progu młyna na tle oświetlonej sieni stał chłop jakiś barczysty i odezwał się, gdyśmy nadjechali:

– A wy dokąd?

– To ja – to ja z nimi – powiedziała góralka.

– Czy to ty, Hanka?

– Haj11!

– Kogóż tam wiedziesz?

– Ano, namówiłam sobie gościa na Chranczówki.

– Czy go dasz Jadzarzowi?

– Ba, jeszcze czego – tłusty połeć smarować. My go weźmiemy do siebie.

Rozmowa ta robiła na mnie takie wrażenie, jakbym był baranem i słyszał rzeźników rozmawiających. Tymczasem góral mówił dalej:

– Ale, ale, wiesz, Sobek wrócił, pytał się o ciebie.

– Może?

– Dostaniesz swoje papierki, bo pono z grubemi pieniędzmi wrócił.

– O!

– Chłopisko będzie mogło teraz o żeniaczce pomyśleć.

– Ba, coby nie.

– No, jedźmy – zawołałem zniecierpliwiony.

– Zaraz, zaraz. No, ostańcie z Bogiem.

Kiwnęła młynarzowi, potem zbliżyła się do wózka i rzekła do woźnicy:

– Dajcie no, ja wam tu sama konia poprowadzę, bo wy nieświadomy miejsca, wnetbyście wywrócili.

Skręciła koniem na lewo; wózek poszedł po miękkiej trawie jak po dywanie i wnet stanęliśmy przed jakąś chatą. Jedna połowa jej była zupełnie ciemna, w drugiej, w małych szybkach był blask od ognia, co płonął na kominku. Przez uchylone do sieni drzwi wylatywały powikłane tony skrzypców.

– No, to tutaj – odezwała się Hanka. – Widzicie, będziecie mieli wesoło, bo brat mój muzykant, jak się patrzy. Grywa po weselach. – Hej! Jędrek, Jędrek!

Granie nie ustawało; tylko jakaś nieduża kobieta wyszła do sieni i ofuknęła moją przewodniczkę:

– Cicho, pałubo jakaś – pobudzisz mi dzieci. Czego się drzesz?

– Przywiozłam wam gościa

– Gościa? A gdzie go podziejesz?

– Ano w tamtej izbie.

– A tatuś?

– Ba, nie mogą to oni leżeć w szopie? Dobre i nam parę papierków zarobić.

– Hm, nie wiem, co Jędrek…

– To go się spytam – rzekła Hanka i pobiegła do izby.

Tymczasem ta, co wyszła z chaty, podeszła do wózka, obeszła naokoło jak kotka, potem stanęła przy mnie i przypatrzyła się bystro. Przy świetle padającem przez okno dojrzałem, że miała oczy sprytne, profil wcale ładny, a włosy, co się wydobywały kosmykami z pod chustki, miały jasno-złotawy kolor i kręciły się nad czołem. Widok tej twarzyczki zmodyfikował nieco moje złe wyobrażenia o mieszkańcach Chranczówki.

Wtem wyszło dwóch górali przed dom.

– No, cóż – spytała góralka – dasz izbę?

– Hanka już ją onaczy12 – rzekł do żony, a do mnie, uchylając kapelusza, powiedział:

– Witajcie!

– Więc można wysiąść? – spytałem.

Страница 2 из 8

Вам также может понравиться

Страница 1 из 195

Назад12195Далее