Загрузка...

AI-разбор доступен после входа

Суть книги, пересказ, главный конфликт, ключевые идеи, вывод, кому полезна, главные темы, персонажи и цитаты можно получить после входа в BookRa.

auto_awesomeПолучить AI-разбор

О книге

Historia o małym chłopcu, który po śmierci matki został sierotą i wyruszył do innego miasteczka w poszukiwaniu pożywienia i pracy. Podczas swojej wędrówki spotykał różne zwierzęta. Spotkał wróbla, jastrzębia, dudka, wiewiórkę i wiele innych stworzeń, od których różne nauki wyciągnął.

Дата написания1970-01-01
Язык книгиpl
Возрастное ограничение0+

Читать онлайн

Страница 4 из 5

Znalazłszy trochę litości w sercu ludzkiem, chłopak się zadziwił, ale pomyślał, że w tym świecie ludzi jakoś lepiej być musi niż u zwierząt. Śmielej tedy wyszedł z sieni. W progu spostrzegł chłopaka, który był tylko co piasek sprzedał także, i ciekawie patrzał na niego. Chłopak miejski miał straszną minę urwipołcia, podobny był do obitego i zakopconego wróbla miejskiego.

– A coś ty zarobił? hę? dwie dziesiątki? – spytał go chłopiec – głupi babsztyl, że ci tak drogo zapłacił, za to, że masz minę biedną… Chcesz ze mną zagrać?

– Jakto zagrać?

– Ja mam także dwie dziesiątki, sprobujemy szczęścia, rzucim je do góry… Jeśli dziesiątka padnie na litery, to twoja; jak na orła, to moja. Będziesz miał cztery dziesiątki zamiast jednej.

– A jak przegram! – rzekł chłopak.

– To nie będziesz miał żadnej – odparł śmiejąc się drugi.

– A na cóż ja mam grać i także twoje odbierać?

Wtem gdy rozmawiali, chude psisko trąciło w nogę naszego biedaka. Ten się odwrócił, a pies mu mruknął: »nie graj, a idź dalej; coś zarobił, to twoje, a cobyś wygrał, byłoby wydarte drugiemu«.

– Nie chcę grać – rzekł, ostrożnie tuląc dziesiątki, posłuchawszy psa, chłopiec.

– A gdzież ty idziesz? – zapytał pierwszy.

– Idę szukać schronienia…

– Cóż to ty nie masz nikogo?

– Nikogo.

– Toś ty nie tutejszy?

– A nie.

– A kroćset dyabłów – zakrzyczał chłopak – a co ty tu będziesz piasek przedawał na cudzych śmieciach, przybłędo jakiś… dam ja ci tu! …

I porwał się na niego z pięściami. Ten w krzyk.

Szczęściem gospodyni, co piasek kupiła, wybiegła na ratunek, ale go obroniła od guza tylko, bo dwie dziesiątki wyrwawszy, napastnik drapnął, i byłby z pewnością szczęśliwie uszedł sobie, gdyby stary ów pies za siermiężkę go nie schwycił. Tuż i ludzie nadbiegali na hałas. Chłopiec przypomniawszy sobie naukę, że się samemu ratować potrzeba, pośpieszył za psem, przydusił złodzieja i dziesiątki mu wydarł. Ponieważ już się ludzie kupili, a kobieta, co patrzała na wypadek, nadchodziła i młody rozpustnik nie miał nadziei obronienia się kłamstwem, rzuciwszy dziesiątki ze strachu wszystkie razem, uciekł.

Tak tedy nietylko strata była odzyskana, ale piętnaście groszy czystego zarobku. Chłopak jednak pomiarkował, że ich także nie powinien był sobie przywłaszczyć.

Zaczęli go ludzie i owa kobieta z dzieckiem rozpytywać, jak to było. Opowiedział otwarcie, co go spotkało, dodając, że tych cudzych piętnastu groszy brać nie myśli, to tylko nie wie, co z niemi zrobić – komu je oddać…

Bardzo się to wydało uczciwem wszystkim, szczególniej kobiecie, która go pogłaskała po głowie i rzekła:

– Dobrze zaczynasz, to cię Pan Bóg pobłogosławi. Ja znam matkę tego urwisza Franka, zostaw pieniądze u mnie, weźmie on za swoje łotrostwo dobre cięgi. A ponieważ jesteś taki poczciwy – dodała – pamiętajże ten dom; jeśli ci będzie chłodno i głodno, przyjdziesz się tu zagrzać i posilić.

Na tem się pierwsza miejska awantura skończyła.

Chłopiec powoli, ale ostrożny, poszedł dalej. Obejrzał się, – stary pies szedł za nim i ruszał ogonem. Z początku zdaleka się suwał, potem bliżej, nareszcie począł go wyprzedzać i zaglądać mu w oczy.

– Czego ty chcesz ode mnie? – spytał chłopiec.

– No nic… ja cię przeprowadzam – odpowiedział pies – byłem niegdyś przyjacielem twego ojca…

– Znałeś go?

– O! o! długie lata chodziliśmy razem – ale to smutna historya… Pies się przywiązuje… żal mi cię, nieboraku sieroto… pójdę z tobą.

Towarzysz ten bardzo się przydał chłopcu, który mu był rad i pogłaskał go. Burek polizał go po ręku, i skacząc pobiegł przodem.

Tak idąc ulicą przyszli do straganów. I pies i chłopiec się zatrzymał, tyle w nich było dla głodnych ponęty. Bułki białe, pozłacane po wierzchu, obwarzanki zarumienione, kiełbaski pachnące, serki białe… Do najpierwszej przekupki przyszedłszy, rozmyślał dzieciak co kupić. Pies mu w oczy patrzał…

– Jesteś głodny? – spytał.

– Bardzo.

– Nie masz dużo pieniędzy?

– A nie, – dwie dziesiątki.

– Kup, co tańsze – dodał doświadczony Burek – nakarmi się człowiek byle czem, aby żył; a jak zje grosz na łakocie, gorszy potem głód trapi, gdy nic niema w kieszeni.

– I tyś głodny? – spytał dzieciak.

– No, ja do tego przywykłem – westchnął stary – na mnie nie zważaj; ja w rynsztokach się żywię.

Pogłaskawszy psa, kupił tedy bułkę i kawalątko sera do niej, aby go zbyt nie dławiła, – potem we dwóch ze psem poszli sobie pod balustradę ogrodu na kamień i chłopak jeść zaczął. Pies się nie napierał i myślał o czem innem, ale widać było, że mu ślina do gęby ciekła. Zlitował się nad nim dzieciak i dał mu chleba. Staruszek ceremoniował się trochę, zrazu nie chciał tknąć, ale głód, głód wszechmogący go zmienił; pożarł skórkę i polizał rękę.

– Teraz tyś pewnie zmęczony, kładnij się i śpij – rzekł pies – ja cię będę pilnował.

Smaczno i spokojnie pod tą strażą usnął sobie chłopczyk w najlepsze, i przespał tak sam nie wiedział ile godzin, nie przebudzając się nawet. Zbudził się dopiero, gdy mu wschodzące nazajutrz słońce powieki zapiekło. Towarzysz jego czujny już siedział, ziewając i wyciągając się i powitał go ruszając ogonem i liżąc po rękach.

– A co? – rzekł – pora do roboty.

– Do roboty? – spytał chłopak – aleć to ja jeszcze na dziś mam za co chleba sobie kupić i tobie.

– To prawda – odpowiedział stary Burek – ale na tem nie dosyć; nie wówczas pracować, kiedy już głód dokucza… Trzeba mieć zapas.

Chłopak przypomniał sobie wiewiórkę i wstał żywo.

– Cóż tu robić? chyba znów piasku przyniosę! – pomyślał sobie – bo na co ja się komu przydam?

I zabierał się już iść, gdy wczorajsza kobieta zobaczyła go i zawołała. Szła ona na targ. Kazała mu za sobę nieść koszyki; jednego z nich podjął się pies.

– Będziesz miał śniadanie – rzekła – i ty i twój przyjaciel Burek, który zrozumiał, ogonem poruszał.

Zarobili więc sobie na śniadanie bezpłatne, a kobieta jeszcze chłopaka jako uczciwego poleciła starej przekupce, która mu więcej dała roboty i obiecała złotówkę całą. Szło więc jak z płatka.

Około południa miał chłopiec chwilę spoczynku i siadł pod balustradą ogrodową. W ogrodzie chodził paw z roztoczonym ogonem i niezmiernie się sobą pysznił. Chłopak, który nigdy podobnego ptaka nie widział, bardzo mu się dziwował i ledwie nie ukłonił, ale pies go zatrzymał.

– Dałbyś pokój… – rzekł – to próżny i nadęty darmozjad, którego nikt nie lubi; dąć się tylko umie – głos ma brzydki, a chowają go tylko dla osobliwości, bo się na nic nie zdał. Ledwie pióro z jego ogona za czapkę sobie kto wetknie. Jeśli już chcesz ptastwu się dziwować, czemu się nie przypatrzysz oto tej jaskółce, która tam lepi gniazdko pod cieniem.

Wistocie chłopiec spostrzegł pracowitą ptaszynę, która się zwijała nieustannie, nosząc w dziobku potrosze słomy i mokrej ziemi, z których lepiła bardzo foremne gniazdko.

– Kto też to ją tego nauczył? – pomyślał sobie w duchu.

Jakby myśl jego odgadła jaskółeczka, przyleciała blizko i siadła odpocząć.

– Moja ty śliczna – zapytał chłopiec – kto to ciebie tego majsterstwa nauczył?

– A naprzód Pan Bóg – rzekła – a potem rodzice, matusia i tatuś; widzieliśmy, jak trochę poszkodzone gniazdo poprawiali… przyszła i na nas kolej pracy…

Страница 4 из 5

Вам также может понравиться

Страница 1 из 195

Назад12195Далее