Загрузка...

AI-разбор доступен после входа

Суть книги, пересказ, главный конфликт, ключевые идеи, вывод, кому полезна, главные темы, персонажи и цитаты можно получить после входа в BookRa.

auto_awesomeПолучить AI-разбор

О книге

Granatka to domek idealny. Położona w malowniczej okolicy o specyficznym mikroklimacie, otoczona ozdobnymi pnączami, krzewami i kwiatami. Niewielki obszar wokół niej daje wino i owoce wielu gatunków.Nie ma na świecie lepszego miejsca tak dla odpoczynku i odnowienia zdrowia pod drzewami, jak i dla doskonalenia ducha i ciała. Stanowi skarb swoich właścicieli, którzy zapewne nigdy jej nie sprzedadzą, bo choć jej wartość jest nieoceniona, jest dla nich tym cenniejsza jako sentymentalny klejnot majątku. Pewnej wiosny do Granatki wprowadza się nieznana nikomu dama z dwoma chłopcami i służącą. W okolicy nie wiadomo nic poza tym, że to pani Willemsens. Piękna, dystyngowana, elegancka, okazuje się zarazem dbającą i kochającą matką. Różne twarze miłości, oddania, odpowiedzialności i dojrzewania do nowych ról to tylko niektóre aspekty samorozwoju, które ujawniają się w trakcie opowieści. A cichym świadkiem tego jest Granatka.

Дата написания1970-01-01
Язык книгиpl
Возрастное ограничение0+

Читать онлайн

Страница 4 из 8

Takie było ich życie, jednostajne, ale pełne, w którym prace i rozrywka, szczęśliwie pomieszane, nie zostawiały miejsca na nudę. Zniechęcenia, sprzeczki były niemożliwe. Bezgraniczna miłość matki czyniła wszystko łatwym. Tchnęła w swoich synów umiarkowanie, nie odmawiając im nigdy niczego; ochotę, chwaląc ich, kiedy zasłużyli; rezygnację, ukazując im konieczność we wszelkiej formie; rozwinęła, umocniła ich anielską naturę ze zręcznością wróżki. Czasami parę łez zwilżyło jej płomienne oczy, kiedy patrząc na bawiące się dzieci, pomyślała, że nigdy nie sprawiły jej najmniejszej zgryzoty. Szczęście bezmierne, zupełne, wyciska nam łzy jedynie dlatego, że jest obrazem nieba, którego wszyscy mamy mgliste przeczucie. Spędzała rozkoszne godziny na leżaku, oglądając piękny dzień, wielką taflę wody, malowniczą okolicę, słysząc głos swoich dzieci, śmiechy ich odradzające się w nowym śmiechu, ich drobne sprzeczki, w których przebijała ich wzajemna miłość, ojcowskie uczucie Ludwika dla Mariana i miłość obu dla niej. Ponieważ mieli w dzieciństwie bonę26 Angielkę, mówili równie dobrze po angielsku, co po francusku, toteż matka posługiwała się z nimi na przemian oboma językami. Prowadziła cudownie ich młode dusze, nie dopuszczając do ich inteligencji żadnego fałszywego pojęcia, do serca żadnej złej zasady. Prowadziła ich łagodnością, nie ukrywając im nic, tłumacząc wszystko. Kiedy Ludwik chciał czytać, starała się dawać mu książki zajmujące, ale ścisłe. Były to żywoty słynnych marynarzy, wielkich ludzi, znakomitych wodzów. W najdrobniejszych szczegółach tego rodzaju książek znajdowała tysiąc sposobności, aby mu zawczasu tłumaczyć świat i życie, kładąc nacisk na środki, jakimi posługują się ludzie nieznani, ale naprawdę wielcy, którzy wyruszyli bez protektorów z ostatnich szeregów, aby dojść do wspaniałych przeznaczeń. Lekcje te, które nie należały do najmniej użytecznych, odbywały się wieczorem, kiedy mały Marianek zasnął na kolanach matki, w ciszy pięknej nocy, gdy Loara odbijała niebo; ale pogłębiały one melancholię tej czarującej kobiety, która w końcu zawsze milkła i siedziała nieruchoma, zamyślona, z oczyma pełnymi łez.

– Mamo, czemu płaczesz? – spytał Ludwik pięknego czerwcowego wieczora, w chwili gdy półmrok bladej nocy nastąpił po upalnym dniu.

– Mój synu – odparła, przyciągając chłopca, którego tajone wzruszenie przejęło ją żywo – dlatego, że los Jameray Duvala, biednego tak długo, wybijającego się bez pomocy, to los, który widzę dla ciebie i dla twego brata. Niebawem, drogie dziecko, będziecie sami na ziemi, bez oparcia, bez pomocy. Zostawię was małych jeszcze, a chciałabym widzieć cię dość silnym, dość wykształconym, abyś mógł stać się Marianowi opiekunem. A nie będę miała czasu. Zanadto was kocham, aby móc udźwignąć tę myśl. Drogie dzieci, byleście mnie nie przeklinały kiedyś…

– Czemu miałbym cię kiedyś przeklinać, mamo?

– Kiedyś, mój biedny mały – rzekła, całując go w czoło – zrozumiesz, że zawiniłam wobec was. Zostawię was tu bez majątku, bez…

Zawahała się.

– Bez ojca – dodała.

Na te słowa zalała się łzami, odepchnęła lekko syna, który odczuł, że matka chce być sama i zabrał na wpół uśpionego Mariana. Następnie w godzinę później, kiedy brat się położył, Ludwik wrócił cicho do altany, gdzie znajdowała się matka. Usłyszał wówczas te słowa, wyrzeczone głosem jakże lubym dla jego serca:

– Chodź, Ludwisiu!

Dziecko rzuciło się w ramiona matki, uścisnęli się niemal konwulsyjnie.

– Moje kochanie – rzekł wreszcie, dawał jej bowiem często to miano, gdy nawet słowa miłosne zdawały mu się zbyt słabe na wyrażenie swoich uczuć – moje kochanie, czemu ty boisz się, że umrzesz?

– Jestem chora, drogi aniele, z każdym dniem siły moje słabną, a choroba moja jest bez ratunku, wiem o tym.

– Cóż to za choroba?

– Powinnam zapomnieć o niej, a ty nigdy nie powinieneś znać przyczyny mojej śmierci.

Dziecko milczało chwilę, spoglądając ukradkiem na matkę, która z oczyma wzniesionymi w niebo patrzyła na chmury. Chwila słodkiej melancholii! Ludwik nie wierzył w bliską śmierć matki, ale odczuwał jej zgryzoty, mimo że ich nie zgadywał. Uszanował tę długą zadumę. Gdyby był starszy, byłby wyczytał na tej wzniosłej twarzy uczucie wyrzutu mieszające się ze wspomnieniem szczęścia, całe życie kobiety: dziecięctwo bez troski, chłodne małżeństwo, straszliwą namiętność, kwiaty zrodzone w czasie burzy, zniszczone piorunem, w przepaści, z której nie ma powrotu.

– Matko ukochana – rzekł wreszcie Ludwik – czemu kryjesz mi swoje cierpienia?

– Mój synu – odparła – powinniśmy kryć nasze zgryzoty oczom obcych, ukazywać im wesołą twarz, nie mówić im nigdy o sobie, zajmować się nimi, te zasady przestrzegane w rodzinie są jednym ze źródeł szczęścia. Będziesz miał wiele do przecierpienia kiedyś! Wspomnij wówczas na biedną matkę, która umierała w twoich oczach, uśmiechając się do ciebie ciągle, i kryła ci swoje cierpienia; znajdziesz wówczas siłę, aby znieść niedole życia.

I połykając łzy, starała się objaśnić synowi mechanizm życia, wartość, charakter, trwałość majątków, stosunki społeczne, uczciwe środki zdobycia pieniędzy na swoje potrzeby oraz konieczność wykształcenia. Następnie, zdradziła mu jedną z przyczyn swego ciągłego smutku i swoich łez, mówiąc, że nazajutrz po jej śmierci on i Marian znajdą się w zupełnym niedostatku, posiadając we dwóch ledwie nieznaczną sumę, nie mając innego opiekuna prócz Boga.

– Trzeba mi tedy czym prędzej się uczyć! – wykrzyknęło dziecko, obejmując matkę żałosnym i głębokim spojrzeniem.

– Och! jakam ja szczęśliwa – rzekła, okrywając syna pocałunkami i oblewając łzami. – On mnie rozumie! … Ludwisiu – dodała – będziesz opiekunem brata, nieprawdaż? Przyrzekasz mi to? Nie jesteś już dzieckiem!

– Tak – odparł – ale ty jeszcze nie umrzesz, powiedz?

– Biedne dzieci – odparła – miłość wasza podtrzymuje mnie! A przy tym ta ziemia jest tak piękna, powietrze tak zbawcze, może…

– Kiedy tak mówisz, jeszcze bardziej kocham Turenię – rzekł dzieciak wzruszony.

Od dnia, w którym pani Willemsens, przewidując rychłą śmierć, zaczęła mówić starszemu synowi o jego przyszłym losie, Ludwik, który skończył czternaście lat, stał się mniej roztargniony, pilniejszy, mniej skłonny do zabawy niż poprzednio. Może dlatego, że umiał namówić Mariana, aby czytał zamiast oddawać się hałaśliwym zabawom, dzieci robiły mniej zgiełku po ścieżkach i terasach. Dostroiły swoje życie do melancholii matki, której twarz stawała się z każdym dniem bledsza, żółtsza, czoło zapadało się na skroniach, a zmarszczki stawały się z każdą nocą głębsze.

Страница 4 из 8

Вам также может понравиться

Страница 1 из 195

Назад12195Далее