Загрузка...

AI-разбор доступен после входа

Суть книги, пересказ, главный конфликт, ключевые идеи, вывод, кому полезна, главные темы, персонажи и цитаты можно получить после входа в BookRa.

auto_awesomeПолучить AI-разбор

О книге

Pewien mężczyzna, redaktor, współpracownik wielu periodyków, uważający się za człowieka porządnego i obytego, ma perspektywę spędzić Wigilię Świąt Bożego Narodzenia w samotności.Wizja ta bardzo go złości, zwłaszcza gdy pomyśli, że zwykli roznosiciele gazet zasiądą do skromnego stołu w rodzinnym gronie. W pewnym momencie dostrzega tajemniczą zjawę. Ta przedstawia mu się jako Wigilia. Mężczyzna wraz z Wigilią odwiedzi wiele domów, w których ludzie będą zasiadać do świątecznego stołu. Będzie to doskonały pretekst do przyjrzenia się świątecznym obyczajom wśród różnych warstw społecznych.Nowela Bolesława Prusa pt. Wigilia wyraźnie koresponduje z klasyczną Opowieścią wigilijną Charlesa Dickensa. Utwór polskiego autora został po raz pierwszy opublikowany w „Kurierze Warszawskim” w latach siedemdziesiątych XIX wieku.

Дата написания1970-01-01
Язык книгиpl
Возрастное ограничение0+

Читать онлайн

Страница 2 из 6

*

Znowu zatrzymaliśmy się, tym razem przed żółtym, parterowym, wykoszlawionym, starymi gontami pokrytym domkiem, na którego widok, nie wiem z jakiej racji, przypomniałem sobie pieśń ludową:

„Chałupeczka niska” itd.

Wigilia oparła się o futrynę okna, ja stanąłem przy niej. Boże kochany! wszak ci ludzie nawet podwójnych okien nie znają, a wątpię, aby ogrzała ich ta muślinowa firanka i piec zakopcony, w którym tli się szczypta węgielków.

Na środku pokoju stół nakryty białym, nieco przykrótkim obrusem, obok – krzesła: jedno wyściełane, drugie drewniane i prosty stołek. Tapczan w jednym kącie, dziecinne, niegdyś politurowane łóżeczko z kratami w drugim, między nimi drzwi do alkierza7 i – oto wszystko.

W mieszkaniu trzy osoby: starzec ślepy, jakaś wybladła kobieta i dziecko w żałobie.

– Ojczulku, już gwiazdy wzeszły, siadajmy! – zaczęła kobieta.

– A cóż nam imość dasz dzisiaj? – spytał stary.

– Jest, dziadziu, barszcz, jest, dziadziu, śledź, i są, dziadziu, kluski – odpowiedziało dziecko.

– Ho! ho! … bal! …

Tymczasem kobieta podała opłatki; łamali się i całowali.

– Ojczulku – rzekła znowu starsza – oto szalik na gwiazdkę, będzie ojczulkowi cieplej.

– A ja dziadziowi dam ołówek tabaki…

– Dziecino ty moja, Haniu serdeczna! – zawołał starzec, szukając rękami głowy dziewczynki – ja tabaki nie zażywałem, żeby tobie tę ot lalunię kupić, a ty mnie znowu tabakę dajesz, pewno z bułeczek twoich? …

I wydobył z za pazuchy kilkogroszową lalkę w różowej sukni.

– Jaka śliczna! – zawołało dziecko.

– A tobie, Kasiuniu, także szalik kupiłem… Ładny?

I podał kobiecie chustkę włóczkową.

– Czerwona, ojczulku…

– Bodaj tych Żydów! – mruknął stary. – Mówili, że czarna…

Zakołatano we drzwi.

– Prosimy! a kto tam? …

Na progu ukazał się tęgo zbudowany facet w kożuchu.

– To ja, sąsiad… (bodaj mnie roztratowali! …) Niech będzie pochwalony…

– Pan Wojciech! – zawołała kobieta. – Na wieki wieków…

– Podaj opłatki, Haniu – rzekł starzec, wyciągając ręce.

– Bo ja tu, z przeproszeniem, przyszedłem państwa prosić do nas na wilię. Stara, panie, Zosia i reszta (bodaj mi oś pękła na środku drogi) wszyscy hurmem proszą. Ot, co jest!

Przy tych słowach mówca plunął przez zęby.

– A panie Wojciechu, jakżebyśmy też śmieli panu robić subiekcję8? …

– Nic z tego (bodajem onosaciał9!) Nie odejdę bez państwa…

– Zawsze w domu… – mówiła nieśmiało kobieta.

– A cóż to w domu? czy tu państwa kto na kantarze10 trzyma (bodajem Żydom wodę woził! …), czy co?

Niepodobna11 było opierać się dłużej tak kordialnym12 prośbom; wziął więc starzec córkę pod rękę, wnuczkę za rękę, i wyszli.

Cała kawalkada zetknęła się z nami na podwórzu.

– Niech was Bóg błogosławi! – zawołała Wigilia.

– Panie Boże zapłać! – odparł pan Wojciech, pilnie się nam przypatrując. – Biedactwo jakieś – dodał po chwili.

– Chodźcież i wy z nami (bodaj mnie rozjechało!), a pokrzepicie się trochę.

Poszła Wigilia z nieukrywaną radością, a ja za nią z rozpaczą w sercu; zaprosiny te bowiem diabelnie zachwiały wiarę, jaką dotychczas pokładałem w moim futrze i czapce.

Ledwieśmy weszli, tłum nas otoczył.

– A co? – wołał triumfujący pan Wojciech. – Mówiłem (bodajem z piekła nie wyjrzał!), że państwo nie pogardzą nami.

– Hania! Hania! … – piszczały większe i mniejsze dzieci.

– Haniu! ja dla ciebie schowałem złocone orzechy…

– A ja konia…

– Haniu! … a ja…

– Stańcie sobie ludzie kochani przy progu – zwróciła się do nas pani Wojciechowa, dama z czerwonym nosem i zapadłymi policzkami.

– A to jest, proszę państwa – mówił Wojciech do gości – to jest pan Władysław…

– Władysław Dratewka! – rekomendował się starannie uczesany młodzieniec, w jasnym żakiecie i palonych butach.

– Absztyfikant13 do mojej Zośki – dodał Wojciech.

Okrąglutka osoba, nazwana Zosią, zaczerwieniła się jak ćwikła. – Niech państwo będą łaskawe siadać – prosiła gospodyni.

Gdy starsi zajęli miejsca, a chmara dzieci przyczepiła się też do stołu, pan Wojciech zaczął:

– Pobłogosław, Panie Boże, nas i te dary…

– No, mamuniu! … Stach wszystkie uszy z mego barszczu zabiera…

– Cicho, Franek, bo cię palnę! … Pobłogosław, Panie Boże…

– Wanda! nie pchaj się – wrzasnęło drugie dziecko.

Z wielkim trudem udało się panu Wojciechowi dokończyć zaczętą modlitwę, po poprzednim wytarganiu kilku czupryn. Poczęto jeść, dano i nam, dano też i psu kudłatemu, który ze zwieszonym ogonem a podniesionym uchem pilnie przypatrywał się stołowi.

– Jaka to szkoda – mówił świetny konkurent Władysław – że mnie majster wcześnie nie puścił.

– A bo co? – spytała panna Zofia.

– A bo bym pannie dopiero maku utarł… ech! …

– Panby nawet nie spotrafił.

– Mogiem żara szpróbować – odparł w każdej chwili gotowy do uprzejmych usług kawaler.

– Widzi mamunia, ten Stach…

– Cicho, wywłoki! – huknął gospodarz.

Przy końcu kolacji, którą oporządzono w sposób godny uwagi, pan Wojciech plunął na środek i zabrał głos:

– Na świecie coraz gorzej, żeby mnie piorun trząsł! Nalej Zosiu, panu…

– Święta prawda – odpowiedział starzec.

– Za moich czasów, panie, choinki były takie, że by sam człowiek wlazł na nią, a dziś (bodaj się most pode mną załamał!), jak biczyska.

– W jednym względzie to jest gorzej, a w drugim to jeszt szto raży lepiej – upewniał pan Władysław.

– W żadnym lepiej…

– Czo tam pan Wojciech barłoży14! …

– W żadnym, powiadam, a kto mi tu będzie gadał inaczej…

– A chy! a chy! … a chy!.. – zakrztusiło się dziecko.

– Święta Panno! – zawołała Wojciechowa. – Franek się dławi…

– Pal go w kark! … Ot co jest! …

Gałązka Wojciechowego rodu została ocalona, ku wielkiej uciesze pana „Władyszława”, który upewnił wszystkich, że: „gdyby Frankowi ość wlazła w grzdykę, to byłoby ausz…”

– Powiadam panu, że złe czasy, najlepiej miarkować15 po koniach – zaczął gospodarz na nowo. – Ze dwadzieścia lat temu wypadała mi na każde dziecko para koni, potem tylko jeden, a teraz panie para na troje. Bodaj mi oś pękła, jeżeli szczekam!

– A co to panu Wojciechowi za krzywda?

– Zawdy para na troje – mówiłem!

Po tych słowach zamyślił się, plunął aż za piec i zawołał:

– Basta, moja panno!

Uważając ten wykrzyknik za hasło do odejścia, trąciłem Wigilię. Ukłoniliśmy się gospodarzom, wzięliśmy jeszcze po trojaku i po kawałku strucli (którą w prywatnym lokalu moim można widzieć) i wyszliśmy, błogosławiąc domowi.

Gdy byliśmy już w końcu podwórza, doleciał nas basowy głos pana Wojciecha, który zaintonował:

„Panna porodziła maleńkie Dzieciątko, W żłobie położyła małe Pacholątko…”

kobiety dodały:

„Funda, funda, funda! …/ Tota risibunda16, Hej, kolęda, kolęda! …”

W egzekucji17 ostatniego trójwiersza wzięły już udział wszystkie basy męskie, przedęte soprany żeńskie i dyszkanty18 nijakie, tworząc przeraźliwy koncert na temat dość niewyraźnego oberka. Wigilia rozochociła się, a nie mogąc z powodu mojej nieumiejętności wywijać ze mną, porwała jakiegoś kalekę na szczudłach z takim entuzjazmem, że oboje o mały włos nie dostali się pod przejeżdżające sanki.

Страница 2 из 6

Вам также может понравиться

Страница 1 из 195

Назад12195Далее