Загрузка...

AI-разбор доступен после входа

Суть книги, пересказ, главный конфликт, ключевые идеи, вывод, кому полезна, главные темы, персонажи и цитаты можно получить после входа в BookRa.

auto_awesomeПолучить AI-разбор

О книге

Dzieci ulicy to powieściowy debiut Janusza Korczaka wydrukowany pierwotnie w gazecie (w 17 odcinkach). Książka ukazała się w roku publikacji prasowej (1901 r.). Przez lata nie była wznawiana i nieco zatarła się w pamięci czytelników i historyków literatury. Niedoskonałości warsztatowe powieści, choć jest ich trochę, nie zmieniają faktu, że opisuje w sposób niezwykły kawałek ówczesnej rzeczywistości.Narrator towarzyszy swoim bohaterom – dzieciom warszawskiej ulicy – w ich drodze życiowej. Razem z nimi zagłębia się w zaułki Powiśla, penetruje nadwiślańskie brzegi, kryminalne rewiry Pragi, obserwuje je przy pracy i zabawie, komentuje wybory życiowe lub ściślej mówiąc, brak możliwości ich dokonania. Niemal zawsze los dziecka ulicy jest już wytyczony – głód, bicie, praca ponad siły, alkohol, prostytucja, więzienie – i trudno się z tego błędnego koła wyrwać, zważywszy na społeczną obojętność. Niemniej, niemal przy minimalnym wysiłku nielicznych społeczników (hrabia Zarucki i jego siostra Irena) oraz wsparciu środowiska, niektórym się to udaje (Antek, Mania), inni mimo osobistych przymiotów skazani są na porażkę (Józiek Bzik).Powieść Korczaka jest ciekawa nie tylko ze względów historycznych czy socjologicznych. Wierne przedstawienie realiów warszawskiej ulicy wymagało językowej pieczołowitości. Bohaterowie posługują się warszawską gwarą, nieobcy im jest żargon przestępczy – potoczna dziewiętnastowieczna polszczyzna, przesycona rusycyzmami, zwrotami zaczerpniętymi z jęz. niemieckiego i jidysz, a także francuszczyzną, to niewątpliwie jeden z największych skarbów podarowanych przez Korczaka potomności.

Дата написания1970-01-01
Язык книгиpl
Возрастное ограничение0+

Читать онлайн

Страница 2 из 48

– U Dzieciątka Jezus, proszę pana.

– Mańka jest twoją siostrą?

– Jaka Mańka?

– Ta, która sprzedaje tam kwiaty.

– Nie, to nie siostra.

– A co ona za jedna?

– Jej rodzice… Ona jest… My mieszkamy w jednym domu.

– A czym jest jej ojciec?

– Ona nie ma ojca.

– A matkę ma?

– Ma albo nie ma.

– Co to znaczy?

– E, pijaczka, po całych dniach nie ma jej w domu. I chora.

– Prawdę mówisz?

– A co miałbym kłamać?

– A gdzie ty mieszkasz?

– Na Szulcu.

– Pod którym numerem?

– Pod piętnastym.

– Jutro będę u was.

– Kiedy ja, proszę pana, mam kupić lekarstwo.

– To chodź ze mną, zaprowadź mnie teraz.

– E, teraz nie mogę.

– Kłamałeś?

– Ano, kłamałem.

– I nie powiesz mi prawdy?

– A nie.

– Dlaczego?

– Bo nie.

Antoś oddalił się rozgniewany.

– Coś z nim mówił? – pyta go Mańka.

– E, trajlował4 tam.

– A co mówił?

– Pytał się o mnie i o ciebie.

– A co on chciał?

– Choroba go wie. Chodź stąd, bo się jeszcze będzie czepiał.

Wieczór zapadał. Aleje powoli pustoszały. Rodziny z dziećmi powracały gromadnie do domu, powozy rozprysły się. Chłodny wieczór jesienny rozpędził ostatki spacerujących. Niebo się zachmurzyło, powiał wiatr silny. Liście z głuchym szelestem opadały z drzew na ziemię.

Mali roznosiciele kwiatów, drżąc z chłodu, tym natarczywiej ofiarowywali swój towar.

Czasem policjant zamajaczył na tle wilgotnego wieczoru, a wtedy dzieci na dane hasło kryły się za drzewa, lub przebiegały przez środek ulicy.

Wreszcie ucichło zupełnie.

Antoś wracał z Mańką; zimno im było w mgle jesiennego wieczoru. Szczególniej chłopiec w swych dziurawych spodniach i jakiejś przezroczystej bluzie, narzuconej na koszulę, czuł chłód dotkliwy.

– Poczekaj, kupię papierosów.

Antek wszedł do sklepiku, kupił kilka sztuk papierosów, dla Mańki serdelek i czekoladę w srebrnym papierze.

– Masz.

Zapalił papierosa.

– Ile tam masz? – zapytał Mańkę Antek.

– Brakuje mi ośmiu kopiejek.

– Masz, niech cię tam. Czort go wie, w jakim on dziś humorze.

– Dziękuję ci. A ty?

– O, ja swoje zawsze zarobię. Żeby nie ten stary grzyb, to bym miał rubla dla siebie.

– Ty tak jakoś umiesz.

– Owa, wielka sztuka. Żebym to ja był dziewczyną, tobym jeszcze więcej zarobił!

– A jakże. Lepiej być chłopcem.

– Co ty tam wiesz… Dlaczego ty nigdy w rękę nie całujesz?

– Bo nie chcę i nie będę.

– Fi, takaś harda. W interesie tak nie można.

Biegli w stronę Wisły.

Gdyby się Antek albo Mańka byli obejrzeli, ujrzeliby idącego krok w krok za nimi w palcie z podniesionym kołnierzem i w binoklach ciemnych mężczyznę. Śledził on tę parę przez cały wieczór, szedł za nią, czekał, aż Antek wyjdzie ze sklepiku, a teraz zmierzał w stronę Wisły. Mocniej nasunął on kapelusz na czoło, czasem przystawał na chwilę, cofał się o kilka kroków i znów szedł za dziećmi, przyciskając w prawej ręce błyszczący przedmiot.

– Słuchaj, Antoś – zapytała nagle Mańka – czy ty się nie boisz Wicka?

– Co się mam bać?

– A jak on cię zbije; on silniejszy, a może i innych namówić.

– Już ja sobie poradzę. Nie takich rydzów widziałem.

Domy były coraz mniejsze; parkany oddzielały pojedyncze zabudowania, bruk stawał się coraz nierówniejszy, a latarnie coraz mniej rozpraszały ciemności.

Na zakręcie ulicy ukazało się dwóch chłopców.

– Antoś, patrz – zawołała z trwogą dziewczynka, chwytając Antka za rękę.

– Puść, głupia.

– Uciekajmy.

– Ja bym uciekł, ale ty?

– To weź moje pieniądze i leć.

– Głupia jesteś.

Ciemne sylwetki chłopców znaczyły się coraz wyraźniej.

– Dobry wieczór – zawołał ironicznie czternastoletni Wicek.

W ręce Antka błysnął jakiś przedmiot niewielki.

– Tylko się zbliżcie.

– Fi! fi! ja się twojego noża nie zlęknę.

– Zobaczymy.

– Więc nożem mi grozisz?

– A nożem.

– E, rzucisz go zaraz.

– Antek! – zawołała Mańka.

– Nie rzucę. Cicho bądź.

– E, rzucisz.

Walek cisnął w przeciwnika kamień. Antek odskoczył w bok i w mgnieniu oka rzucił się i powalił chłopca na ziemię.

Drugi chłopiec nadbiegł z tyłu, ale Mańka pochwyciła go za ucho i ciągnęła z całych sił.

– Puść mnie.

Z dala dały się słyszeć czyjeś kroki.

– Ratunku! – zawołał Walek, który aczkolwiek silniejszy, nie był tak zwinny jak Antek.

Chłopiec zerwał się, cisnął nóż za parkan, a sam rzucił się do ucieczki.

W tej chwili ukazała się postać policjanta. W dwóch skokach dogonił Mańkę i pochwycił ją.

– Co ty tu robisz?

– Idę do domu.

– Do domu? A może byś do cyrkułu5 ze mną poszła?

– Proszę pana, za co?

– A czego krzyczałaś?

– Bo chłopak chciał mi odebrać pieniądze. Jest tu za parkanem.

Za parkanem dały się słyszeć głośne kroki, jednocześnie rozległo się szczekanie psów i szamotanie się z nimi chłopca.

Policjant przesadził parkan. Mańka pędem puściła się przed siebie.

Kto by widział, że z ukrycia, z wgłębienia między murem i parkanem, wyszedł człowiek i pobiegł za Mańką, ten by mógł sądzić nie bez powodu, że jest to winowajca istotny tej walki nocnej.

Mańka biegła szybko. Krople potu spływały jej z czoła. Strach przed tym cyrkułem, który znała ze słyszenia, był nad wyraz wielki. Ileż to razy już już miała się tam dostać, ale wypłakała, wymodliła się lub uciekła w drodze. A ten cyrkuł, jak widmo groźne, jak upiór straszny, ścigał ją w sennych marzeniach i na jawie.

Na rogu dwóch ulic, które się krzyżowały, stał domek drewniany, a w nim szynk z pozaklejanymi od ulicy szybami. Dalej ciągnął się już tylko szereg parkanów, w dali w ciemności majaczyła Wisła.

Do tego szynku wbiegła Mańka; przebiegła szybko pierwszą i drugą izbę, otworzyła drzwi, które prowadziły na korytarz długi, na końcu którego znajdowały się schody.

– No, jesteś? – zapytał z góry Antoś.

W tej chwili drzwi się otworzyły, jasna smuga światła na chwilę rozproszyła ciemności.

– Kto to? – zapytała z niepokojem Mańka.

Nie było odpowiedzi.

– Czy to ty, Szmul?

Milczenie.

Mańka przebiegła schody, słysząc za sobą w ciemności czyjeś kroki niepewne.

– Kto to? – zapytała raz jeszcze, a nie otrzymawszy odpowiedzi, wbiegła na poddasze do pokoju razem z Antosiem i zamknęła drzwi na klucz.

– Czego hałasujecie tak? – ozwał się z wnętrza ostry głos męski. – Nie możecie wejść spokojnie.

– Bo… bo… tam ktoś jest.

– Jaki ktoś?

– Jest tam; nie wiem, słyszałam, widziałam, jak wchodził.

– Nie łżyj tylko, rozumiesz?

– I ja widziałem – dodał Antek.

– Czy jeden?

– Zdaje się, że jeden.

Dało się słyszeć otwieranie i we drzwiach z lampą w ręce stanął mężczyzna.

– Kto to?

– Ja – rzekł nieznajomy w palcie z podniesionym kołnierzem, w binoklach.

– Czego pan chce?

– Chcę wejść.

– Jakim prawem?

– Mam do pana interes.

– Ja w nocy nie załatwiam interesów.

I mężczyzna z lampą w lewej ręce począł się powoli przysuwać do nieznajomego. Nagle zatrzymał się, ujrzawszy wymierzoną w siebie lufę rewolweru.

Stał chwilę, drżąc wobec niebezpieczeństwa i patrząc ze strachem w oczy utkwione w niego jak dwa ostrza, spoza binokli.

– Coś pan za jeden? – wybąkał – ja pana nie znam.

– I nie masz pan potrzeby mnie znać. Czy mogę wejść do pokoju?

– Proszę.

Cała ta scena trwała zaledwie chwilę. Nieznajomy pewnym krokiem wszedł do izby. Duży pokój z nierównym sufitem, z małym oknem. Żelazne łóżko stało przy drzwiach; w łóżku leżała jakaś dziewczyna z młodą, ale zniszczoną twarzą, pokrytą gęstą warstwą jakiejś taniej farby.

– Ach! – krzyknęła, okrywając się kołdrą.

Страница 2 из 48

Вам также может понравиться

Страница 1 из 195

Назад12195Далее