Загрузка...

AI-разбор доступен после входа

Суть книги, пересказ, главный конфликт, ключевые идеи, вывод, кому полезна, главные темы, персонажи и цитаты можно получить после входа в BookRa.

auto_awesomeПолучить AI-разбор

О книге

„Anioł Gabriel… – powtarza Gębarzewski, przewracając księgi – Takiego nazwiska u nas nie ma… Jest tylko Cherubin, ale Mordko…” W Noc Sylwestrową zdarzyć się może wszystko. Nawet rozpatrzenie zażalenia przed siłę wyższą.Są lepsze miejsca na świętowanie nadejścia Nowego Roku, niż zasypany śniegiem pociąg, choćby salony Resursy Obywatelskiej. Uczestnicy balu nie poznają jednak historii, snutej przez telegrafistę i nie dowiedzą się, jak zakończył się spór fizyka z aniołem i po co właściwie potrzebna jest siła tarcia.Bolesław Prus (właściwie Aleksander Głowacki) był świetnym obserwatorem, co znalazło odzwierciedlenie w jego twórczości – nikt tak jak on nie opisywał nastrojów i mechanizmów społecznych. Współpracował z wieloma gazetami, m.in. „Niwą” i „Tygodnikiem Ilustrowanym”, a ukazujące się w „Kurierze Warszawskim”, opisujące życie miasta, „Kroniki” cieszyły się dużą popularnością. Brał udział w licznych inicjatywach społecznych i oświatowych.

Дата написания1970-01-01
Язык книгиpl
Возрастное ограничение0+

Читать онлайн

Страница 1 из 4

Bolesław Prus Dziwna historia

Noc św. Sylwestra. Zegar jasno oświeconej Resursy Obywatelskiej wskazuje dziesięć minut do dwunastej; w salonach jasno oświeconej Resursy Obywatelskiej sześćdziesiąt par kończy ostatniego w tym roku kontredansa1; w bufecie jasno oświeconej Resursy Obywatelskiej dwudziestu kelnerów, pod bacznym okiem gospodarzów2, przygotowuje dwadzieścia butelek szampana.

Jeszcze kilka minut i w jasno oświeconych salonach wyskoczy z butelek dwadzieścia korków, dwudziestu kelnerów, pod bacznym okiem gospodarzów, naleje dwieście kieliszków, i przy dźwiękach fanfary, skomponowanej wyłącznie na wieczór dzisiejszy, sześćdziesiąt par tańczących, czterdziestu starych panów grających w wista3 i czterdzieści starych dam drzemiących lub obmawiających wzniosą zdrowie Nowego Roku.

– Żyj nam i panuj, roku następny! Niech pod twym skrzydłem zwiększą się obroty naszych sklepów i dochody naszych kamienic! Niech każda z obecnych tu panien znajdzie męża, każda z mężatek rój wielbicieli, każdy stary jegomość materiał do chwalenia dawnych czasów! Żyj nam, panuj i chroń nasze domy od złodziejów, serca od niepokojów, mózgi od wątpliwości, żołądki od niestrawności! …

I w chwili, kiedy muzyka gra fanfarę, kiedy w kielichach syczy pienisty szampan, kiedy spojrzenia tkliwe krzyżują się z ognistymi i niejedna ręka tancerza nieznacznie ściska rękę niejednej tancerki, do jasno oświeconego salonu Resursy Obywatelskiej na mgnienie oka zstępuje niewidzialne bóstwo radości. Wszystkim jest czegoś dobrze, tak dobrze, że starzy panowie gotowi są wzdychać do młodych dam, stare damy, nie wiadomo z jakiej racji, gotowe są uronić po kilka łez, gospodarze gotowi są ściskać akcjonariuszów, akcjonariusze podnieść do góry prezesa, a kelnerzy z niepojętą szybkością wypróżnić to, co jeszcze syczy w butelkach.

Zbudzona ich wesołymi krzykami, ocknęła się noc zimowa, i chcąc bodaj raz w życiu zobaczyć, jak wygląda radość, zapuszcza w jasno oświecone okna Resursy Obywatelskiej swoje puste i martwe oko. „Gdzie jest radość? … – pyta się, bijąc w szyby płatami zmarzłego śniegu. – Gdzie tu radość? … Pokażcie mi radość…” – jęczy głosem wichru, trzęsie ramami okien i uderza głową o ściany.

Ale razem z ostatnią kroplą noworocznego toastu uciekła radość nawet z salonów Resursy Obywatelskiej, i nie ma jej tu. Jest tylko sześćdziesiąt par tańczących pierwszego w tym roku mazura, czterdziestu panów, którzy zasiadają do pierwszego w tym roku winta4 i czterdzieści starych dam, które odprawiają pierwszą w tym roku drzemkę balową. Nie ma już radości ani w Resursie, ani poza Resursą, ani nawet na całej kuli ziemskiej. Jest tylko niezmierny płat śniegu, sięgający od Brukseli do Kamczatki, od bieguna do Neapolu, a nad nim czarna, pusta i martwa noc zimowa.

W mrokach tej samej nocy, która zagląda do okien Resursy Obywatelskiej, wśród tych samych śnieżnych tumanów, które biją w jej jasno oświecone szyby, zwolna toczy się, daleko od wesołej Resursy, pociąg towarowo-osobowy. Naprzód lokomotywa, z której komina, zamiast pary, wydobywają się kłęby śniegu, potem tender5, wyżej naładowany śniegiem, aniżeli węglem i wodą, potem wagony towarowe, w których najobfitszym towarem jest śnieg, potem wagony pasażerskie, w których przez okna, zasypane śniegiem, nie widać pasażerów. Śnieg, nic tylko śnieg, na dachach, stopniach i poręczach wagonów, śnieg na wąsach, czapkach i kożuchach służby, śnieg na plancie6 drogi, śnieg na prawo i na lewo od plantu, śnieg przed pociągiem i za pociągiem, śnieg od Brukseli do Kamczatki i od Neapolu do bieguna.

O północy, w chwili, kiedy do salonu Resursy Obywatelskiej wnoszono butelki szampana, dwaj konduktorowie pociągu weszli do przedziału służbowego, gdzie właśnie nadkonduktor z powierzchownością senatora i telegrafista z miną filozofa pracowali nad odkorkowaniem zwyczajnej wódki.

– Podły czas, niech go pioruny… – mruknął, otrząsając się, jeden z konduktorów, szpakowaty brunet.

– Nie kląłbyś pan – odparł telegrafista.

– Pięknie zaczynamy Nowy Rok. Psy nie miałyby nam czego zazdrościć – dodał drugi konduktor, z rudym zarostem.

– Nie narzekałbyś – wtrącił telegrafista.

– Nie narzekać… A pamiętasz, gdzieśmy byli o tej porze dziesięć lat temu? … W Resursie Obywatelskiej… Szampanem witaliśmy Nowy Rok! – mówił rudy.

– A teraz powitamy go „oczyszczoną” – przerwał nadkonduktor, i zwracając się z pełnym kieliszkiem do konduktora bruneta, dodał, pijąc: – W ręce twoje, Józefie. My także moglibyśmy powiedzieć o tym, co bywało przed dziesięciu laty.

– Bah – westchnął brunet.

– Było nas wtedy u ciebie z ośmdziesiąt osób. Piliśmy wprawdzie tylko węgrzyna, ale jakiego… A ja miałem jeszcze moją czwórkę kasztanków. Podłe czasy… Kto by dziś uwierzył, że tak było? …

– Tylko nie narzekajcie – upominał ich telegrafista, podając pełny kieliszek rudemu.

– A cóż, może mamy sobie winszować? – spytał rudy i wypił.

– Rozumie się – rzekł nadkonduktor pięknym basem. – Było dobrze, jest źle, będzie gorzej; daj Panie Boże wytrzymać na rok przyszły.

– Ja tam – odparł rudy – gdybym był Panem Bogiem, nie zabierałbym ludziom majątków, a przynajmniej, kiedy już zostali konduktorami, nie zsyłałbym na nich takiej śnieżycy. Kiepskie są rządy świata…

Mizerny telegrafista zatrząsł się na te słowa.

– Już, mój kochany – zawołał – tylko przy mnie nie bluźnij…

– Cóż to za bluźnierstwo mówić, że kiepski świat? – spytał rudy.

– Bluźnierstwo, bo ten świat, jaki jest, jest najlepszy, i niech nas Bóg zachowa od poprawek – odparł telegrafista, dotykając dwoma palcami czapki.

– Bajesz, panie Ignacy – wtrącił nadkonduktor. – Poprawki nigdy nie zawadzą. I teraz ty sam wolałbyś chyba leżeć w ciepłym łóżku, aniżeli tłuc się po nocy, nie mając jeszcze pewności, że nas śnieg nie zatrzyma w drodze.

– Ma rację – mruknął szpakowaty brunet.

– Uhum. Mówiłem i ja tak, dopóki oduczyła mnie bluźnić historia Gębarzewskiego – odparł telegrafista.

– Tego, co był u nas w ekspedycji? – spytał rudy.

– Tego bzika? – dodał nadkonduktor.

– Pan możesz nazywać go bzikiem – rzekł telegrafista – ale ja, który znam się na spirytyzmie, uważam go za najprzytomniejszego człowieka. Kto studiował spirytyzm, nie będzie przeczył cudom.

– Prawda, że Gębarzewski zrobił jakiś cud, za który go nawet wypędzili ze służby – wtrącił nadkonduktor.

– Nic o tym nie słyszałem – zauważył szpakowaty brunet.

– Ani ja – dodał rudy.

– No to wam przy piwie opowiem – rzekł telegrafista – chociaż nie lubię zaczepiać tej sprawy. Przekonacie się, jaka to niebezpieczna rzecz poprawiać Pana Boga.

Konduktorowie odkorkowali kilka butelek piwa, a telegrafista, mocno owinąwszy się w futro, jak gdyby zrobiło mu się zimniej, zaczął:

– Gębarzewski zawsze był niedowiarkiem. W szkołach połapał coś z fizyki i chemii, i zdawało mu się, że jest mędrcem. Pamiętam raz sprzeczał się ze mną o budowę telegrafu… Zwyczajnie młokos. Służył on w ekspedycji, ale nie bardzo psuł krzesła wysiadywaniem. Interesantów zawsze zbywał niedbale, ale za to lubił chodzić po wizytach, umizgać się7 do panien…

– I mybyśmy to woleli – mruknął nadkonduktor.

Страница 1 из 4

Назад124Далее

Вам также может понравиться

Страница 1 из 195

Назад12195Далее