Загрузка...

AI-разбор доступен после входа

Суть книги, пересказ, главный конфликт, ключевые идеи, вывод, кому полезна, главные темы, персонажи и цитаты можно получить после входа в BookRa.

auto_awesomeПолучить AI-разбор

О книге

Dziecko salonu to zaskakująca powieść modernistyczna. Wyrasta z tej formacji kulturowej, ale ją rozsadza, pozostawiając czytelnika w pewnym zdumieniu. Można ją bowiem odczytywać na wielu poziomach: jako krytykę mieszczańskiej moralności, apoteozę indywidualnego buntu, a także jako opowieść o krzywdzie ludzkiej i cierpieniu, determinujących życie jednostki, ale i całych pokoleń (o krzywdzie dziedziczonej).Bohaterem i narratorem jest syn fabrykanta mydła, który po powrocie z zagranicy nie może odnaleźć się w mieszczańskiej rzeczywistości. Po próbie samobójczej opuszcza dom i schodzi po drabinie społecznej, poszukując prawdziwego życia i materiału na książkę. Odkrywa on przede wszystkim krzywdę istnienia – swojego i cudzego. Jest to tak dojmujące, że bohater przestaje notować, milknie, a powieść kończy się jego krzykiem.To nie jest powieść dla dzieci, chociaż są one jej bohaterami. Na ich przykładzie bowiem najjaskrawiej widać niesprawiedliwość i krzywdę społeczną. Co istotniejsze, dzieci są urabiane przez rodzinę – swoisty aparat ucisku – tresowane do swych ról. Ograbia się je z człowieczeństwa, tłumi w nich potrzeby duchowe i wyższe instynkty, by spełniały oczekiwania rodziców i społeczeństwa – dotyczy to tak samo rodzin mieszczańskich, jak proletariackich.Warto zwrócić uwagę na formę powieści. Choć zasadniczo jest ona rodzajem pamiętnika, wewnątrz znajdują się szkice literackie bohatera, pomysły powieściowe, późniejsze jego redakcyjne poprawki (często o charakterze autoironicznym). Z dzisiejszego punktu widzenia stanowi intrygujący eksperyment formalny, od którego nie odżegnałby się późniejszy o sto lat postmodernizm.

Дата написания1970-01-01
Язык книгиpl
Возрастное ограничение0+

Читать онлайн

Страница 2 из 61

– Pan nie powie toastu.

– A jak ja pana poproszę?

– To także nie powiem.

– A jak ja pana bardzo poproszę?

– To panna Stefcia umie bardzo prosić? A jak to się bardzo prosi?

– Jaki pan niedobry.

(Rozkosznie zepsuty dzieciak. Tak mało wie, a tak wiele przeczuwa).

– Czy pani umie flirtować?

– Niech pan nie nalewa, bo nie będę piła.

– To pani tak kocha Jadzię; to pani tak dobrze życzy mojej siostrze? Bardzo ładnie… O, widzi pani, mama patrzy na panią i kiwa głową. Mama pozwala.

– Nie potrzebuję, żeby mama pozwalała albo nie pozwalała. Jak zechcę, to sama będę piła.

– A pani bardzo mamę kocha?

– O, widzi pan. Niech pan teraz nic nie mówi.

(Pierwszy toast).

– A teraz na pana kolej.

– Ale proszę wypić cały kieliszek.

– A powie pan toast? … Doprawdy, że to nieładnie: wszyscy wiedzą, że pan jest poeta.

– A czy ja także jestem wielki poeta?

– Nie, mały, uparty i nieznośny. Niech pan nie dolewa… Cicho.

(Drugi toast: nasz lekarz fabryczny).

– Czego się pan śmieje?

– Bo bardzo lubię pannę Stefcię i tak się z tego cieszę.

– Jest z czego.

– I tak mi okrutnie wesoło, że aż strach.

– Bo mnie wcale.

– To panna Stefcia smutna? Biedna panna Stefcia.

– Bardzo proszę. Mówiłam, że pan za wiele pije.

(Trzeci toast).

– O, widzi pani – teraz za gospodarzy. To zupełnie co innego. Teraz trzeba już wypić calutki kieliszek.

– Więc pan nic nie powie? Bo zaraz wstaną.

– Kiedy teraz już nie mam o czym. Jak pani bardzo chce, to powiem taki toast, żeby się cały świat mył naszymi mydłami i perfumował naszymi perfumami. To pani tatuś i mój tatuś zarobią bardzo dużo pieniędzy. Dobrze?

– Fe! jaki pan nieznośny.

– No widzi pani: fe!

– Niech się pan odsunie. Patrzą na nas.

– A gdyby nie patrzyli? …

Wstajemy.

Ogólne wrażenie:

Ptaszyno mała, jesteś urocza ze swą wstążeczką białą w czarnych włosach i swymi błękitnymi oczętami, patrzącymi z niezdrowym zaciekawieniem na świat przeczuwany; z policzkami zarumienionymi drganiem nieznanych żądz.

Całowałbym, całował, całował – bez opamiętania.

II

Mama Stefci:

– Cóż, panie Januszu? Jakże moja córa? Gąsiątko jeszcze? Nic nie spoważniała… Obserwowałam was (was – z naciskiem). Zdaje mi się, że pan pokpiwał z niej trochę. Straszny to dzieciak. Pan jej rok cały nie widział?

– Panna Stefania bardzo spoważniała.

– O, bo pan ogromnie się zmienił. Nic dziwnego: zagranica szalenie kształci. Ja wszystko zawdzięczam zagranicy.

– ?

– Cóż pan zamierza dalej czynić?

– Jak dotychczas, nie wiem jeszcze.

– Burzy się pan? Tak, ja rozumiem młodych.

– ?

– Długo pan bawił w Wiedniu?

– Tydzień.

– Cudowne miasto. Zwiedzał pan galerie, muzea? Ile razy przejeżdżam, zawsze muszę się zatrzymać. Ale pan pędził dalej. Rozumiem młodych.

– ?

– Ach, pan bawił dłuższy czas w Krakowie… Poznał pan tak zwaną Młodą Polskę2.

– Niekoniecznie.

– Prawda, pan taki nietowarzyski… Czy pan sądzi, że z tego się coś wykluje?

– Owszem, bardzo być może.

– Ale nie Mickiewicz i nie Słowacki… Jakże Warszawa? – Czy pan ma zamiar pozostać już w kraju?

– W tej chwili sam nie wiem jeszcze.

– Tak. Po zagranicy trudno się przyzwyczaić do Warszawy. Choć z drugiej znów strony, ciągnie rodzina, stosunki. Jak to mówi przysłowie: wszędzie dobrze, ale w domu najlepiej… Sądzę, że pan znów będzie u nas częstym gościem…

Poczekaj, babo – ze swoim: „rozumiem młodych”; – będziesz siedziała w powieści, i to na honorowym miejscu. Tylko twego starego trzeba zmienić.

III

– Cóż, poeto, myśleliśmy, że nam palniesz mówkę? Ja, stary, musiałem gadać za was, młodych. I to, panie, młodzież – młodzież z dyplomami, uniwersytetami, zagranicami, lichami. Wstyd!

(„Jowialnie”).

– Cóż robić? Takie teraz czasy.

– Czasy, nie czasy, tylko młodzież diabła warta. Nie czasy robią ludzi, ale ludzie – czasy… Cóż? nawłóczyliśmy się, a teraz znowu do orki? Ja tam pana zawsze broniłem. Cóż to złego, że sobie młody zrobił wakacje? Niech papa trząśnie workiem.

Klepie mnie po ramieniu.

– No co? Nie pogadasz pan ze starym przyjacielem? Jakoś głupio w rodzinie po rocznym fiu! fiu! … Ha, ha, ha, ha – co?

– Myli się pan. Ciepło rodzinne bardzo mile mnie grzeje.

– A grzeje, grzeje… Oj! filut z pana. Wiem ja coś o tym. No, chodźmy na cygarko.

I on rozumie młodych.

IV

Pan doktór:

– Cóż, kolego, jako syn marnotrawny powracacie na łono medycyny?

– Być może.

– Nie – może, a musi i powinno.

– Chyba na brak lekarzy pan doktór nie ma powodu się żalić.

(Myśli sobie: poczekaj, smarkaczu, dam ja ci za to).

– Ha, powołanych dużo, ale wybranych mało. Ale po zapale, z jakim mimo protestów ojca wziął się kolega do naszej biednej medycyny – należałoby się spodziewać, że nasza biedna medycyna zyska w koledze jeśli nie fundament, to choć filar.

(I pojednawczo).

– Nie macie pojęcia, co tu teraz chorób. Bronchitis3, pneumonia4, tyfus5. Aż strach pomyśleć… Tak. Poezja i medycyna nie dadzą się połączyć żadną miarą. Tu trzeba pracować, pracować i jeszcze raz pracować. Nie ma czasu na marzenia. Zobaczycie sami: niewdzięczny zawód.

(Wwąchuje się w dym cygara – cynicznie wytworny).

Страница 2 из 61

Вам также может понравиться

Страница 1 из 195

Назад12195Далее