Загрузка...

AI-разбор доступен после входа

Суть книги, пересказ, главный конфликт, ключевые идеи, вывод, кому полезна, главные темы, персонажи и цитаты можно получить после входа в BookRa.

auto_awesomeПолучить AI-разбор

О книге

Dziecko salonu to zaskakująca powieść modernistyczna. Wyrasta z tej formacji kulturowej, ale ją rozsadza, pozostawiając czytelnika w pewnym zdumieniu. Można ją bowiem odczytywać na wielu poziomach: jako krytykę mieszczańskiej moralności, apoteozę indywidualnego buntu, a także jako opowieść o krzywdzie ludzkiej i cierpieniu, determinujących życie jednostki, ale i całych pokoleń (o krzywdzie dziedziczonej).Bohaterem i narratorem jest syn fabrykanta mydła, który po powrocie z zagranicy nie może odnaleźć się w mieszczańskiej rzeczywistości. Po próbie samobójczej opuszcza dom i schodzi po drabinie społecznej, poszukując prawdziwego życia i materiału na książkę. Odkrywa on przede wszystkim krzywdę istnienia – swojego i cudzego. Jest to tak dojmujące, że bohater przestaje notować, milknie, a powieść kończy się jego krzykiem.To nie jest powieść dla dzieci, chociaż są one jej bohaterami. Na ich przykładzie bowiem najjaskrawiej widać niesprawiedliwość i krzywdę społeczną. Co istotniejsze, dzieci są urabiane przez rodzinę – swoisty aparat ucisku – tresowane do swych ról. Ograbia się je z człowieczeństwa, tłumi w nich potrzeby duchowe i wyższe instynkty, by spełniały oczekiwania rodziców i społeczeństwa – dotyczy to tak samo rodzin mieszczańskich, jak proletariackich.Warto zwrócić uwagę na formę powieści. Choć zasadniczo jest ona rodzajem pamiętnika, wewnątrz znajdują się szkice literackie bohatera, pomysły powieściowe, późniejsze jego redakcyjne poprawki (często o charakterze autoironicznym). Z dzisiejszego punktu widzenia stanowi intrygujący eksperyment formalny, od którego nie odżegnałby się późniejszy o sto lat postmodernizm.

Дата написания1970-01-01
Язык книгиpl
Возрастное ограничение0+

Читать онлайн

Страница 3 из 61

V

– Bójcie się Boga. Panny w salonie, a młodzież i kochany gospodarz junior siedzą tu sobie w najlepsze… No, powiedz no pan kilka świeżych zagranicznych anegdotek – i jazda do panien. No, gadaj pan… prędzej.

– Zaraz. Muszę sobie przypomnieć.

– Otóż to. Takich rzeczy nie wolno zapominać. Ja w pańskim wieku miałem do tego specjalny notesik. Nie radzę panu, co prawda, bo po ślubie, licho wie jak – dostał się do rąk mojej żony. Miałem ja za swoje. No, jazda, młodzi. Panie mecenasie, panowie, siadamy? – Jeżeli dziś przegram, to, jak Boga kocham, kart już do rąk nie wezmę. Wczoraj dostałem tak w główkę, że proszę siadać. Trzydzieści rubli bez małych kopiejek diabli wzięli. Cały ten tydzień. Panowie, prędzej, bo czasu szkoda.

VI

– A ty, smyku, dlaczego jeszcze nie śpisz?

– Prosiłam Jadzi, żeby poprosiła mamy, i mama mi pozwoliła. Jutro i tak nie pójdę na pensję.

– A pałek masz dużo?

– A jakże – pałek. Żeby nie ta Żydówa Zilberhornówna, tobym była pierwsza. Ale mama wzięła mi znów Szwabkę, i ona zjedzie ze swojego pierwszego miejsca… Słuchaj, Janek: prawda, że ty znowu wstąpisz na uniwersytet? Tatuś zapłacił wpis, bo pisali w kurierze, że drugoroczni muszą zaraz płacić, bo ich wyrzucają inaczej.

– A ty skąd wiesz o tym wszystkim?

– Bo ja bym okropnie chciała, żebyś znowu włożył mundur. Tak ci paskudnie w tym ubraniu.

Nie chce mi się już pisać.

Po rocznym oddaleniu wszystko żywiej wpada mi w oczy.

Jacy oni niesmaczni i obcy.

Nie wiem jeszcze, co to ma być, ale chciałbym ich tak trochę pokąsać, wydrwić, odebrać im tę pewność siebie i strącić uśmiech bezmyślnego zadowolenia.

A naprawdę chwilami tęskniłem za nimi – tam.

Znów ten sam pokój, ten mój pokój.

Ciekaw jestem, kto zacz ów pan narzeczony.

Chciałbym, żeby Jadzi było dobrze.

A ja? – Znów? – A potem, w nagrodę – Stefa.

Tfu, tfu, tfu! Spać mi się chce. Znużyła mnie podróż i – to tam wszystko.

Dusza moja ziewa

Ojciec miał dziś ze mną „poważną” rozmowę. Wszedł. Mina stanowcza, ale jeszcze niegroźna. Usiadł na krześle.

Usiadłem na krześle na oklep, wsparłem ręce na poręczy, na rękach oparłem brodę – i czekam.

Milczenie.

Wydobywam z bocznej kieszeni papierośnicę, powoli ją otwieram; wyjmuję i zapalam papierosa.

Zagajenie:

– Wpis zapłaciłem.

– Szkoda wielka.

Długa chwila milczenia.

– Co masz zamiar robić?

– Nie wiem jeszcze…

– Za granicę już nie pojedziesz.

– I nie pragnę wcale.

Jeszcze dłuższa chwila milczenia.

– Masz lat dwadzieścia trzy…

– I miesięcy pięć.

– Ja w twoim wieku…

– Od siedmiu lat sam na siebie pracowałem – wiem o tym.

Długie, ponure milczenie.

– Jesteś… pasożytem.

– I gorzej jeszcze. Pasożyt tylko się karmi na koszt swego gospodarza, a ja się jeszcze ubieram, jeżdżę za granicę i szukam rozrywek…

– Widzę, że nieźle spędziłeś ten roczek.

– Niekoniecznie dobrze.

– Bo nie rozjaśniło ci się w głowie za tą granicą.

– Widocznie za długo żyłem w ciemności.

– Aha – filozofia.

– Nie lubię, gdy kto używa wyrazów, których nie rozumie.

Pauza. Burza wisi w powietrzu.

Ziewam.

– Wiesz: wolałbym cię widzieć ostatnim łajdakiem niż takim niezdecydowanym błaznem.

– Tylko marny i nieuczciwy lekarz woli ciężkie i nieuleczalne cierpienie, byle mu to ułatwiło postawienie diagnozy.

Cisza.

– Widzę, że ci się zupełnie przewróciło w głowie…

– Bez najmniejszego wątpienia.

– Z lenistwa, z braku obowiązku, z dobrego bytu.

– Ojciec ma zupełną słuszność…

– Powiedz mi, czego ty chcesz?

– Chcę wiedzieć przede wszystkim, czego ojciec chce ode mnie.

– Chcę, żebyś był człowiekiem.

– Po co?

Ojciec wstaje z krzesła i chodzi po pokoju.

– Wstyd mi przynosisz.

– Wobec kogo?

– Wobec wszystkich.

– A kto są ci wszyscy?

– Ci wszyscy to są ludzie.

– A co znaczy: być człowiekiem?

Ojciec staje przy oknie i bębni w szybę.

– Bo jeżeli być człowiekiem znaczy zarabiać ileś tysięcy rubli rocznie, ożenić się, mieć dzieci, wychować dzieci na pasożytów, a gdy te dzieci pytają w swoim czasie, co znaczy być człowiekiem – zamiast odpowiedzi bębnić w szybę – to takie człowieczeństwo ani trochę mnie nie pociąga.

– A czym jest twoje człowieczeństwo?

– Nie wiem i szukam.

– Aha. Chcesz być mądrzejszy od milionów ludzi?

– Czy jest w tym coś złego? Gdyby ktoś jeden nie chciał być mądrzejszy od milionów innych i nie zaczął wyrabiać mydła z gliceryną, toby nie istniały wcale na świecie glicerynowe mydła.

– …Te mydła glicerynowe dają ci jeść i pić; mydła glicerynowe ciebie wychowały – rozumiesz?! …

– Mydła wychowały mnie widocznie źle, kiedy ojciec jest ze mnie niezadowolony.

Atmosfera ciężka, jak paka mydeł.

– Tak dalej nie będzie!

– I ja tego pragnę…

– Chciałeś być doktorem, pozwoliłem ci być doktorem; chciałeś być nagle filozofem, pozwoliłem ci być filozofem; chciałeś być zagranicznym chemikiem, wysłałem cię, dokąd chciałeś. Ale jeżeli chcesz być nieukiem i błaznem, to bądź sobie bez mojej pomocy.

– Ja właśnie nie chcę być błaznem.

– Ale nim jesteś!

– Ależ zapewniam ojca, że ojciec się myli. Doprawdy, ojciec się myli…

La bonne papa 6 trzasnęła drzwiami i wyszła.

Ojciec przemawiał do rozumu, matka – do serca.

– Swoim postępowaniem zabijasz ojca.

Nie odpowiadam.

– Czy ty naprawdę straciłeś dla nas zupełnie serce? Cośmy ci złego zrobili? Miałeś wszystko, czegoś chciał. Przecież niczego ci nie brakowało. Powiedz: może naprawdę – może my nie wiemy. Przecież widzisz, że się staramy, żeby wam dogodzić; przecież my nic innego nie robimy, tylko o was myślimy. Ojciec chciał, żebyś był chemikiem. Nie, to nie. Bądź sobie doktorem… Słuchaj, Janku – jeżeli ci ojciec powiedział coś takiego, to nie powinieneś mu brać za złe. Zawsze mężczyzna jest bardziej prędki. Skąd ty możesz wiedzieć, jakie on ma kłopoty i zmartwienia? Ty niby taki psycholog, powinieneś to rozumieć… On nie powie, bo tacy ludzie, co wszystko zawdzięczają własnej pracy, są skryci i zamknięci w sobie. Ty tego nie możesz rozumieć, boś ty się wychował w zupełnie innych warunkach. Ty wszystko bierzesz po swojemu… Może ty naprawdę więcej wiesz i więcej umiesz. Ojciec nie miał czasu ani tyle czytać, ani tyle pracować nad sobą. Pomyśl tylko, jak on musi cierpieć, jak widzi, że ty mu się marnujesz… Straciłeś rok – no dobrze. Ale teraz powinieneś znowu wziąć się do pracy.

Chwila milczenia.

– I żebyś był jakiś niezdolny albo chorowity – no, to trudno. Ale tak: wiesz, jak to ludzie umieją wszystko, szczególniej, jak się komu lepiej powodzi. Tacy zaraz kontenci. A kto dziecku lepiej życzy niż rodzice?

Pauza.

– Ja nie rozumiem, skąd nagle takie zniechęcenie… Ja nie chcę, żebyś od razu coś postanowił. Teraz zajęci jesteśmy Jadzią. Pomyśl sobie jeszcze; tylko cię proszę: oszczędzaj ojca. Bo powinieneś rozumieć, że on nie tylko do ciebie należy i jakby mu się, broń Boże, coś przez ciebie stało, to jesteś przed nami wszystkimi odpowiedzialny.

Pocałunek serdeczny, macierzyński, i znów wir myśli.

Przypomniał mi się wiersz, bardzo gdzieś dawno czytany:

Страница 3 из 61

Вам также может понравиться

Страница 1 из 195

Назад12195Далее