Загрузка...

AI-разбор доступен после входа

Суть книги, пересказ, главный конфликт, ключевые идеи, вывод, кому полезна, главные темы, персонажи и цитаты можно получить после входа в BookRa.

auto_awesomeПолучить AI-разбор

О книге

Powieść z 1880 roku ukazująca dwór polski i stosunki społeczno-ekonomiczne w zaborze rosyjskim w okresie pouwłaszczeniowym.Nieudolność właściciela majątku – utracjusza, lekkoducha i próżniaka, typowego przedstawiciela swojej klasy – doprowadza do utraty majątku i rozkładu rodziny. Na pierwszym planie powieści nakreślony został przez Prusa portret psychologiczny tytułowej bohaterki, 13-letniej Anielki, która przeżywa głębokie rozczarowanie, obserwując nieprzystawalność oficjalnej etyki środowiska, w którym dorasta, do praktyki życiowej. Przyjęcie punktu widzenia dziecka zaostrza krytykę i ocenę moralną postępowania dorosłych.

Дата написания1970-01-01
Язык книгиpl
Возрастное ограничение0+

Читать онлайн

Страница 42 из 45

– Niczego! – odparła za nią karbowa. – Są tu przecie dwa doktory. A jak jeść dają! … byle człek przełknął… Ino, że jest ciemno i nie ma na czym siedzieć, więc kuczy się noma. Ja już nawet zapomniałam w tej ciemnicy, jak świat wygląda. A jeszcze mi mego żal…

– Toteż jedźcie sobie, moja Zającowa, a ja teraz przy Anielci posiedzę. Spotkałam w drodze waszego męża. Jedzie tu z całym gospodarstwem…

– Zdurzał, para, czy co? … – krzyknęła karbowa. – A jakże on dom ostawił? ….

– Tego ja nie wiem, ale zdaje się, że jego tylko co nie widać. Wyjdźcie na podwórze, a pewnie się z nim spotkacie…

Kobieta wyszła ślizgając się na posadzce i ledwie trafiła do sieni.

– To ci pałac, o Jezu! i za tydzień by go nie obszedł i po wszystkich kątach… – szeptała.

Gdy zostały obie z ciotką, Anielka otworzyła oczy.

– Ciociu, ja chcę usiąść.

Ciotka uniosła ją i oparła na poduszkach, a widząc, że mimo to dziewczynka siedzieć nie może, objęła ją wpół i rękę jej położyła na swojej szyi.

– Żeby ciocia wiedziała, jaka ja chora…

– To przejdzie, moje dziecko. Jutro już ci będzie lepiej, jak tylko lekarstwa zaczną działać.

– Tak? … – spytała dziewczynka całując ją. – A ja myślałam, że już umrę…

Ciotka oburzyła się.

– Fi! moje dziecko… Któż znowu mówi takie rzeczy? … Przecież niejeden choruje… Ja sama ile razy! …

– Tak mi tu było smutno… Nikogo przy mnie nie ma… Ani mamy… O, żeby się choć mama nie dowiedziała o tym! …

Ale i ta krótka rozmowa wysiliła ją. Dziewczynka położyła się, oblana zimnym potem.

– Ja pewnie umrę… o Boże! …

– Dajże pokój, Anielciu, nie rań mi serca… – przerwała ciotka.

– Kiedy ja się nie boję, tylko… Ja nie wiem, jak się to umiera, i dlatego… tak mi smutno…

Skrzypnęły drzwi i na posadzkę upadła szeroka smuga światła. Weszła pani baronowa trzymając Józia za rękę.

– Patrz, Anielciu! – krzyknął chłopiec – jak ja jestem ubrany… Mam buty i kurtkę aksamitną…

– Cicho, Józiu! Jakże się ma Anielcia? – spytała dama stając nad łóżkiem chorej.

Ciotka Andzia pokiwała głową.

– Jeździłem dziś na koniu – mówił Józio – chodziłem z Krzysztofem po ogrodzie… Mama obiecała mi…

Anielka zerwała się.

– Gdzie mama? – krzyknęła szeroko otwierając oczy.

Józio umilkł, pani baronowa cofnęła się od łóżka.

– Gdzie jest mama? … – powtórzyła Anielka.

– Ja mówię o naszej mamie chrzestnej – odparł Józio wskazując na baronowę.

Anielka upadła na łóżko i zakryła twarz rękoma.

Scena ta zakłopotała ciotkę Andzię, a jeszcze mocniej baronowę, która zapytawszy, czy chora nie żąda niczego – wnet opuściła salon.

Zając istotnie przyjechał niekutym wozem, zaprzęgniętym we dwa chude woły. Na wozie umieścił skrzynią i przyodziewek, a z tyłu przyczepił konia i krowę.

Osobliwy ten kram parobcy przywitali starodawnym: „Pochwalony!”, dworscy lokaje serdecznymi śmiechami, a karbowa okrzykiem radości. Z rozkrzyżowanymi rękoma wybiegła baba naprzeciw męża, ale Zając przyjął ją cierpkim pytaniem:

– No… po chorobę ja się tu przywlekłem? …

– Ooo! … a tożeś się przecie sam jaśnie pani napraszał – odparła karbowa zdziwiona krótką pamięcią męża.

– A cóżem miał robić? …

Karbowa obraziła się.

– I, nie wydziwiaj, nie wydziwiaj! … Nie lepiej ci to posiedzieć kilo czasu między ludźmi, a nie samemu jak wilk pod lasem?

– A króliki noma przez ten czas diabli wezmą.

– Nic im nie będzie.

– No, a co ja tu będę robił?

– Wypoczniesz se. Takeś zawsze żądał wypoczynku.

– Ale! A gdzie ja tu stanę? … Przecie nie pod bramą, żeby się te parchy lokaje ze mnie naśmiewały.

Karbowa złożyła ręce po napoleońsku; pytanie to było najważniejsze ze wszystkich. Gdzie on stanie? Jużci chyba mąż powinien by siedzieć przy żonie. A że żona siedzi w pałacu, więc i on w pałacu. Więc i koń, krowa, dwa woły…

Nie rozwiązałaby tej zagadki karbowa, gdyby nie zjawił się Szmul w biedce. Wychodźcy z folwarku powitali go jak Mesjasza i prosili o radę. Żyd nic im nie odpowiedział, tylko uśmiechnął się.

Poszedł do pałacu, a w kwadrans wóz odprowadzono do szopy, konia do stajni, bydlątka do obory i karbowego do oficyny.

Tam dano mu obiad i flaszkę piwa. Chłop najadł się, pasa rozpuścił, gębę otarł rękawem, a potem – siadł na ławie – i jak weźmie płakać! … Aż się szyby chwilami trzęsły…

– Po cóżem ja tu nieszczęśliwy na tę pustynię przyjechał! … A bodaj mnie była pierwej nagła śmierć spotkała! … ani tu pola, ani lasu, ani wody…

Nie powiedział jednak: ani ludzi, ponieważ otaczało go kilkanaścioro służby płci obojej, którzy drwili z rozpaczy biedaka. Jemu też bynajmniej nie o ludzi chodziło, ale o te bagna kochane, czarny las i obdartą chałupę.

Beczał i szlochał z pół godziny, aż przyszła pani Wichrzycka i nawymyślała mu. Wtedy powlókł się ku stajni i oborom obejrzeć swój dobytek i zaznajomić się z parobkami.

Trochę pogadał, potem legł na słomie. Ale spać mu się nie chciało, więc począł chodzić z kąta w kąt, tęsknić za robotą, za żoną i za folwarkiem.

W parę godzin obmierzła mu Wólka razem z pałacem, pięknymi budowlami i wielkim ogrodem, tak że rady sobie dać nie mógł.

„Co tu za życie? – mówił do siebie. – U nas to dopiero raj! …”

Wybrał się do karczmy i tam on, człek od urodzenia trzeźwy, pierwszy raz w życiu poznał wielką prawdę, że często dolewany kieliszek jest pocieszycielem strapionych.

Gdy wrócił z szynku, nie tęsknił już do swego folwarku, bo miał umysł mocno zajęty.

„Co prawda – myślał – to w tej Wólce wesoło. Pałac jak kościół, budynki porządne, murowane. Jest browar, jest gorzelnia, młyn – człowiekowi nie żal na te rzeczy patrzeć. Na obiad dzwonią jak na sumę, a ludzi tyle, co na odpuście. I jeść dają – aż w gardło nie wlezie”.

Szedł drogą i zdawało mu się, że go coś podrywa, tak mu było lekko, a w głowie myśli skaczą coraz osobliwsze. Nie trzymały się one jedna drugiej, ale szły szparko jak wicher. Jeszcze nigdy Zając tyle nie wymyślił, choć całe życie miał ochotę do myślenia. W końcu rozebrała go taka radość, że aż zaśpiewał:

Oj! na zielonym kuble Skikają se wróble…

Dociągnął do obory i zwalił się na kupę słomy. – „Jakie tu spanie chrześcijańskie…”

We śnie zdawało mu się, że go ktoś targa za ramię.

– Kuba! Kuba! … ocknijże się…

– Byś ksy! ksy! … – odmruknął machinalnie Zając.

– A tożeś ty pijany, bestyjo… Kuba! …

– Daj mi spokój! … Nie widzisz, co robię? – odparł i przewrócił się twarzą do słomy, wywijając nogami.

Obudzić go nie było możności. Spał aż do wschodu słońca.

W pałacu, wieczorem, lekarze jeszcze raz zbadali chorą i w bocznym pokoju złożyli drugie konsylium.

– Więc pan dobrodziej ciągle twierdzisz, że tu nie ma zapalenia płuc? – zaczął Dragonowicz z protekcjonalnym uśmiechem.

– I twierdzę, i jestem przekonany, żeś się kolega uprzedził – odparł szatyn ozięble.

Miara już się przepełniła. Dragonowicz założył nogę na nogę, dłonie splótł i topiąc królewskie spojrzenie w obliczu młodzika zapytał:

– Przepraszam… ile też pan dobrodziej liczy sobie lat?

Młody szatyn powstał.

– Kochany kolego! – rzekł – mam tyle lat, ile potrzeba do stu obserwacji zapalenia płuc…

Zerwał się i Dragonowicz.

– Mało mnie pańskie obserwacje obchodzą!– krzyknął wstrząsając ręką. – A gdzie pan uniwersytet kończył? …

Szatyn włożył ręce w kieszeń.

Страница 42 из 45

Вам также может понравиться

Страница 1 из 195

Назад12195Далее