Загрузка...

AI-разбор доступен после входа

Суть книги, пересказ, главный конфликт, ключевые идеи, вывод, кому полезна, главные темы, персонажи и цитаты можно получить после входа в BookRa.

auto_awesomeПолучить AI-разбор

О книге

Powieść z 1880 roku ukazująca dwór polski i stosunki społeczno-ekonomiczne w zaborze rosyjskim w okresie pouwłaszczeniowym.Nieudolność właściciela majątku – utracjusza, lekkoducha i próżniaka, typowego przedstawiciela swojej klasy – doprowadza do utraty majątku i rozkładu rodziny. Na pierwszym planie powieści nakreślony został przez Prusa portret psychologiczny tytułowej bohaterki, 13-letniej Anielki, która przeżywa głębokie rozczarowanie, obserwując nieprzystawalność oficjalnej etyki środowiska, w którym dorasta, do praktyki życiowej. Przyjęcie punktu widzenia dziecka zaostrza krytykę i ocenę moralną postępowania dorosłych.

Дата написания1970-01-01
Язык книгиpl
Возрастное ограничение0+

Читать онлайн

Страница 43 из 45

– Nie w Pacanowie, szanowny kolego! …

Czerwoną twarz starego doktora oblał piękny karmazyn.

– Ja także nie w Pacanowie! – wykrzyknął. – Ale ponieważ pan liczysz sobie tyle lat życia, ile ja praktyki i – ponieważ nie na jednej ławie nas… tego…

Tu wykonał ręką kilka zamaszystych ruchów z góry na dół.

– Więc upraszam pana dobrodzieja, abyś mnie tytułem kolegi nie honorował…

Skończywszy Dragonowicz zostawił osłupiałego doktora na środku pokoju, a sam wyszedł, aby ochłonąć.

Szatyn nie spał całą noc, ale natomiast dużo myślał o tym:

Czy postępowanie kolegi Dragonowicza zasługuje na upomnienie ustne czy listowne, czy też na wniesienie skargi do najbliższego towarzystwa lekarskiego?

Czy raczej brutalne postępowanie kolegi Dragonowicza nie wymaga satysfakcji z bronią w ręku? A w takim razie:

Czy w okolicy znajdzie się dostateczna liczba sekundantów?

Na drugi dzień obaj przeciwnicy byli bladzi i jedli śniadanie bez apetytu. Każdy znajdował się pod wpływem bardzo energicznych i niezależnie powziętych postanowień, które streszczały się w tym, że żaden nie miał z drugim rozmawiać, jak najrzadziej na przeciwnika spoglądać – i jak najspieszniej koni zażądać.

Co też obaj uczynili. Ale ponieważ pani baronowa więcej ufała warszawiakowi niż Dragonowiczowi, wyjechał więc ten ostatni otrzymawszy sute honorarium.

W przedpokoju Dragonowicz znalazł kamerdynera Krzysztofa i zwyczajnego lokaja. Pan Krzysztof kazał ubrać lokajowi pana doktora do podróży, a pan doktór prosił pana Krzysztofa, aby tenże powiedział lekarzowi z Warszawy, że jest chłystkiem.

Krzysztof zdumiał się.

– Pozwoli sobie pan doktór zrobić uwagę – rzekł— że ja tamtego pana mam przyjemność znać i że…

– Cóż to, byliście w jednej restauracji? – spytał Dragonowicz z najwyższą wściekłością.

Wyglądało to na obelgę, ale pan Krzysztof nie stracił zimnej krwi.

– Ja w restauracjach nie przesiadywałem – odparł z godnością – a tamtego pana spotykałem w takich towarzystwach, w jakich pan doktór – nie bywa! …

To powiedziawszy odszedł bez pożegnania, a następnie oświadczył pani baronowej, że stary doktór jest źle wychowany, i że on, pan Krzysztof, nie będzie mu już nigdy robił honorów albo prosi o dymisją.

Tym sposobem młody lekarz stał się panem placu i mógł leczyć chorą bez przeszkód.

Zajął się Anielką energicznie. Całe godziny spędzał przy jej łóżku, sam podawał lekarstwa, wino, dysponował buliony, pukał, słuchał, mierzył temperaturę. Lecz gdy baronowa pytała go, co sądzi o pacjentce, potrząsał głową i odpowiadał stylem kwiecistym:

– Chora przechodzi przez wąską kładkę, z której łatwo spaść i która również łatwo może się złamać. Ale…

W tym miejscu schylił głowę i rozłożył ręce.

– Natura ma swoje środki! – dokończył.

– Więc stan jest rozpaczliwy? – spytała niespokojnie baronowa.

– Do ostatniej chwili nie należy tracić nadziei…

– Kiedy spodziewa się doktór przesilenia?

– W malarii nie ma przesilenia. Jest tylko stopniowe zwolnienie rozwoju choroby i upadku sił, no – a potem wyzdrowienie.

– Czy wypada przyśpieszyć powrót ojca chorej? – pytała dama.

– Nie zaszkodzi. Może to nawet wywrzeć pewien korzystny wpływ na system nerwowy.

– A arendarz z ich majątku czy może odwiedzić chorą? … To dobry Żyd… On tak pragnie zobaczyć ją…

– Owszem! – odparł doktór.

Na zasadzie tego „owszem” Szmul uzyskał prawo odwiedzenia Anielki. Miał ją zobaczyć pierwszy raz od kilku tygodni. Uwiadomiła go o tym pani Wichrzycka, której Szmul nie omieszkał spytać:

– Z przeproszeniem pani… Czy od tej słabości nie można się zarazić?

– Skądże znowu?

– Bo, widzi pani, ja mam dzieci – i… w tych czasach bardzo wiele interesów.

– A dajże mi Szmul spokój! Sam Szmul chciałeś tam pójść, a teraz boisz się? …

W arendarzu ocknął się duch Machabeuszów, plunął na rękę, przygładził nią włosy i – nieco blady – począł przebierać nogami jak ognisty rumak przed bitwą.

Już mieli iść, gdy nagle pani Wichrzycka przypomniawszy sobie coś wzięła z biurka spory flakon i obficie oblała kapotę Szmula wodą kolońską.

– Czy to od zarazy? – spytał kręcąc nosem.

– Od zarazy.

Wyszli. W sieni spotkał ich kamerdyner Krzysztof, który obejrzał arendarza od stóp do głów i zapytał:

– Cóż, pan Szmul dziś uperfumowany? …

– To tak pani Wichrzycka… – odparł Szmul.

W dalszych pokojach zetknęli się z lokajem, który ze śmiechem zawołał:

– A to dopiero zalatuje od Szmula…

Żyd zmieszał się.

Potem spotkał ich młody doktór i ten znowu począł uważnie przypatrywać się arendarzowi, który pachniał jak ekstrakt wody kolońskiej.

W końcu nawinęła się karbowa.

– O la Boga, Szmulu! – zawołała – a dyć was tak czuć jak samą jaśnie panią…

Arendarza pot oblał. Nie myślał on już o Anielce, ani o zaraźliwości choroby, ale o tym, ażeby ukryć swoją hańbę. Zdawało mu się bowiem, że miła woń, jaką dokoła rozlewał, jest występkiem cięższym aniżeli kradzież i oszustwo, za które także wytykają człowieka palcami.

Gdy znalazł się w salonie, gdzie leżała chora, on, taki zwykle sprytny, stracił wszelką władzę nad sobą i pragnął ukryć się choć w mysiej jamie.

– Przyprowadziłam pannie Anieli Szmula – rzekła Wichrzycka.

Dziewczynka uśmiechnęła się.

– Gdzie jest Szmul? – zapytała.

– Ja tu jestem – odparł chowając się za Wichrzycką.

– Aha! Jak się macie, Szmulu? … Nie przywieźliście mi ani razu listu od mamy… Ja nie wiem nawet, gdzie jest mama i co się z nią dzieje.

W tej chwili ciotka Andzia zaczęła dawać jakieś znaki Szmulowi. Anielka spostrzegła to i zlękła się.

– Szmulu! – zawołała – gdzie jest moja mama? … Co mu tak ciocia pokazuje rękami? …

– Jaśnie pani zdrowa jest! – odezwał się Żyd zmienionym głosem.

Anielka wpadła w rozdrażnienie.

– Dlaczego Szmul taki niespokojny? … Chodźcie no do mnie, Szmulu! przysuńcie się…

– Idźcie, Szmulu! – rzekła pani Wichrzycka.

– Chodźcie tu, Szmulu! – mówiła ciotka.

Ale Szmul ani myślał zbliżyć się do łóżka.

– Czy wy boicie się mnie? – pytała Anielka. – Czy ja taka chora, że już do mnie przyjść bliżej nie można? …

– Przepraszam bardzo – wyjąkał Żyd. – Ja nie dlatego, że panienka chora, nie chcę iść, ale dlatego, że ja… troszkę śmierdzę…

Ja tu potem wstąpię – rzekł i prędko wybiegł z pokoju.

Wichrzycka ze śmiechem powiedziała, jako Szmul wstydzi się tego, że został uperfumowany, a ciotka Andzia potakiwała jej. Lecz Anielki nie można było uspokoić. Od tej chwili mówiła wciąż, że jest śmiertelnie chora i że mama musi być także chora.

– Ja już pewnie umrę, ciociu – szeptała z bolesną rezygnacją. – Niech ciocia modli się za mnie… Może by księdza sprowadzić? …

Ciotka była w rozpaczy.

– Co ty mówisz o śmierci, dziecino kochana? … Co się tobie przywiduje? … Przecież tu jest doktór, który cię co dzień bada, a jednak nic podobnego nie przypuszcza…

Anielka przez chwilę milczała, a potem znowu szepnęła:

– Zawsze niech mi ciocia księdza poprosi.

Pani Anna była kobietą pobożną i wierzyła w natchnienia.

– Ha, moje dziecko – rzekła – jeżeli chcesz, to ci poproszę księdza. Wiadomo, że nieraz Ciało i Krew Pańska prędzej ludziom zdrowie przywracały aniżeli wszystkie lekarstwa.

A w duchu dodała:

„I jużci lepiej jest umrzeć z Bogiem, jeżeli już tak ma być!”

Страница 43 из 45

Вам также может понравиться

Страница 1 из 195

Назад12195Далее